Na wirażu
Z DRUGIEJ STRONY – Mariusz Rajek
Fot. Grzegorz Misiak/ PressFocus
Raków nigdy nie miał planu na czas po Marku Papszunie. Niebezpiecznie wierzył, że coś będzie trwało wiecznie. Przyjęła się narracja, że gdyby nie Raków, to Papszun nigdy nie wypłynąłby ponad poziom niższych lig na Mazowszu; że Michał Świerczewski dał mu wszystko: projekt, narzędzia, ludzi, pieniądze, czas i zaufanie na to, aby ten zbudował mu wielki klub, a jego samego uczynił milionerem. Wszystko to prawda, ale druga strona medalu jest taka, że gdyby nie Papszun, Raków nigdy nie wskoczyłby na taki poziom w polskiej piłce, nie sięgał po puchary, nie zdobył mistrzostwa, nie grał w Europie, a już na pewno nie osiągnąłby tego w tak relatywnie krótkim czasie.
Czy faktycznie jedno i drugie zjawisko bez siebie by nie zaistniało? Tego już nigdy nie sprawdzimy, ale fakt, że Papszun bez Rakowa świetnie radzi sobie z mającą mnóstwo problemów i mocno średni skład Legią, a Raków bez Papszuna nie potrafi sobie poradzić wcale, nakazuje zrewidować poglądy - to Papszun okazał się dla Rakowa zesłańcem niebios, bez którego cała reszta mogła się w ogóle nie wydarzyć. To on przerósł klub i poszedł szukać (dwukrotnie) nowych wyzwań.
Świerczewski uchodził za wizjonera, za pioniera dobrych pomysłów, z których inni jedynie mogli i powinni czerpać garściami. Raków pokazywał jak budować profesjonalny klub w Polsce w sposób mądry i przemyślany. Krok po kroku i nie na chwilę. No i „stworzył” Papszuna...
Obserwując Raków bardzo blisko przez te wszystkie lata, nie mogę jednak oprzeć się wrażeniu, że Marek Papszun był zdecydowanie bardziej złotym strzałem Michała Świerczewskiego niż skrzętnie przygotowywanym i w szczegółach opracowanym planem. Szczęście, a nie wykwintna selekcja. Po prostu się udało, pykło i przez tyle lat działało. Ogromnym kosztem właściciela (dosłownym - finansowym), trenera (czasowym), piłkarzy (nakładem energii i przekraczaniem własnych barier) oraz wszystkich dookoła. Obecny kryzys pokazuje jednak, że poza Papszunem nie zbudowano fundamentów, albo odwalono fuszerkę, która właśnie pęka. W tym momencie Raków pokazuje, jak NIE BUDOWAĆ klubu piłkarskiego w Polsce. To, jak sobie z potężnym kryzysem poradzi, również może być nowe, pierwsze, innowacyjne. Polska będzie patrzeć i w wielu miejscach czekać - niestety - na częstochowski upadek...
Świerczewski i cała społeczność Rakowa zostały wielokrotnie brutalnie i chamsko oszukani przez władze miasta w sprawie stadionu. To lata zwodzeń, niedotrzymanych terminów, które nie niosły za sobą żadnych konsekwencji. Raków grał o tytuły, na mecze w Europie przenosił się do Sosnowca i jakoś się to kręciło, nikt specjalnie nie narzekał, podświadomie akceptując, że tak musi być. Okoliczności jednak się zmieniły, Raków może spaść do I ligi, a właściciel - zrobić władzom miasta obnażające „sprawdzam”: wrócę, jeśli wybudujecie stadion. Jeśli jest już wypalony, w jakimś sensie znużony, a może po prostu nie chce już kolejnych pieniędzy ładować w piłkarski klub, będzie miał rewelacyjne alibi: chciałem, ale to wy nie wybudowaliście mi stadionu. Czekam...
Łatwo przyszło, łatwo pójdzie? Lepiej nie. W przypadku Rakowa, w wyjątkowo niesprzyjających okolicznościach mogłoby odejść i nigdy nie wrócić, a na taką stratę chyba nie jest gotowa nie tylko Częstochowa i kibice Rakowa, ale cała Polska piłka.
