Na stojąco, czyli walking football
POWRÓT DO KORZENI, cotygodniowy felieton Michała Listkiewicza
W najśmielszych snach nie przypuszczałem, że po tylu latach spędzonych z gwizdkiem i chorągiewką na stadionach całego świata dożyję chwili, w której wychodząc na boisko będę ciemny jak tabaka w rogu, bezradny, a całe moje doświadczenie sędziowskie zda się psu na budę. Chodzi o mecz walking footballu, co można swobodnie tłumaczyć jako futbol dla spacerowiczów. To kolejna po siatkonodze, futsalu, beach soccerze, socca i teqballu odmiana gry w piłkę nożną. Jest świetną propozycją dla seniorów, nawet tych w bardzo podeszłym wieku. Bardzo popularna w Anglii, Holandii, Czechach i Japonii, u nas raczkująca, ale po przygarnięciu pod skrzydła PZPN z szansami na dynamiczny rozwój.
Kilka dni temu rozegrano międzynarodowy turniej w Łodzi zakończony sporym sukcesem biało- czerwonych, którzy pokonali renomowanych rywali z Niemiec i Belgii. Poproszono mnie o sędziowanie pokazowego meczu gwiazd polskiego futbolu, które - podobnie jak ja - pierwszy raz zetknęły się z walking football. Nie znałem reguł i gdyby nie pomoc doświadczonych w te klocki kolegów, poległbym na całej linii. Nie wolno biegać, podnosić nogi powyżej biodra, wchodzić w fizyczny kontakt z rywalem, nawet taki dozwolony w dużym futbolu. Moje sędziowskie rozterki były niczym wobec cierpień takich asów jak Piotr Świerczewski, Tomasz Kłos, Marek Saganowski, Dariusz Dźwigała czy Jacek Krzynówek. Chodzenie po boisku okazało się dużo trudniejsze niż bieganie. A wszystko działo się na oczach czcigodnego jubilata Marka Dziuby i legendarnego selekcjonera Antoniego Piechniczka.
Głównym powodem zlotu znakomitości piłkarskich do hali im. Józefa Żylińskiego były 70. urodziny wielokrotnego reprezentanta Polski, brązowego medalisty mundialu 1982, zawodnika i trenera obu łódzkich klubów. Dziuba to rzadki i ciekawy przypadek, gdy legenda jednego klubu (ŁKS) jest lubiany i ceniony przez fanów lokalnego rywala (Widzew). Marek grał kilkanaście lat w ŁKS-ie, a potem kilka lat w Widzewie i zawsze mógł chodzić po Piotrkowskiej z podniesioną głową. Także dlatego, że to po prostu bardzo dobry, porządny człowiek.
Polskie kluby ładnie zapunktowały na koniec roku w europejskich pucharach. Pięć drużyn w edycji 2027/28 w zasięgu ręki. To bardzo cieszy prezesa Ekstraklasy SA Marcina Animuckiego, który jednakowoż przestrzega, że możemy paść ofiarą... własnego sukcesu. Chodzi o to, że na dzisiaj nasz dorobek punktowy dzieli się przez cztery, a niedługo będzie już przez pięć, co wynika z liczby drużyn. Gdy do tortu zasiada czterech biesiadników, to kawałki są siłą rzeczy większe niż przy piątce łasuchów.
Neverending story w wykonaniu prezesa PKOl i ministra sportu (niezależnie od rotacji na tym stanowisku) trwa w najlepsze. Od czasu do czasu piszę na ten temat z nadzieją, że to już po raz ostatni. Niestety, brzydkie show must go on. Brak zaproszenia oficjalnego przedstawiciela polskiego rządu na zimowe igrzyska olimpijskie z dwa miesiące to zamierzony afront. Trzeba przyznać, że Radosław Piesiewicz to twardy zawodnik. Przetrwał ponad rok ostrzału artyleryjskiego ze stron wszelakich służb aparatu państwa, PKOl nie trzęsie się w posadach, właśnie ogłosił sowite premie dla medalistów i organizuje Dom Polski w trakcie igrzysk.
Na dłuższą metę sytuacja jest nie do zaakceptowania. W biegu długodystansowym prowadzenie na drugim czy trzecim okrążeniu nie gwarantuje zwycięstwa. Podobnie w futbolu: przedostatnia w tabeli Legia może być jeszcze mistrzem, a liderująca Wisła Płock spaść z ligi. Uwikłanie polityczne prezesa PKOl jest oczywiste, ale prezydent RP - w teorii najważniejsza osoba w państwie - nie załatwi sponsorów, przychylności opinii publicznej, a przede wszystkim sukcesów sportowych. Tylko niepoprawni optymiści oczekują medali olimpijskich, choć zimą zawsze mieliśmy ich jak na lekarstwo. Bardzo prawdopodobne, że z Włoch wrócimy z podkulonym ogonem, a ostatnią nadzieją są łyżwiarze szybcy - wobec mizerii w skokach, o czym pisałem przed tygodniem.
Prezes Piesiewicz winą obarczy zapewne związki sportowe jako odpowiedzialne za bieżące szkolenie. W tej politycznej rozgrywce sportowcy schodzą na drugi plan. Kiedy zobaczymy GAME OVER ?
W kilku klubach kibice próbują zmienić właściciela klubu za to, że jest asertywny wobec lawiny żądań płynących z trybun. Kiedyś Mariusz Walter, dziś Dariusz Mioduski i Gregoire Nitot są ofiarami ataków poniżej pasa. Tradycja i historia klubu to zawsze wartość większa niż hałaśliwi uzurpatorzy w szalikach. Rządzi właściciel przy pomocy prezesa i dyrektora sportowego. Kibice są najbardziej potrzebni wtedy, gdy drużynie nie idzie. Wsparcie z trybun w kryzysie to standard w Anglii czy Niemczech, u nas różnie z tym bywa. Oby w cudowne święta Bożego Narodzenia wszyscy obrażeni i obrażani podzielili się opłatkiem. Ja natomiast ślę Drogim Czytelnikom z głębi serca płynące życzenia radosnego czasu pod świąteczną choinką, odbudowania rodzinnych relacji, czasu dla bliskich, zgody oraz odrobiny ruchu między karpikiem, barszczykiem i makowcem.
Wesołych Świąt !
O Marku Dziubie ( z lewej) można powiedzieć, że to piłkarza ponad podziałami. W środku trener Ryszard Polak, z prawej wieloletni kierownik drużyny ŁKS-u Marek Łopiński. Fot. Adrian Mielczarski/PressFocus
