Na Śląskim przekraczasz granice

Rozmowa z Włodzimierzem Lubańskim, złotym medalistą olimpijskim z Monachium z 1972 r., 75-krotnym reprezentantem Polski, jednym z najlepszych naszych piłkarzy w historii

Włodzimierz Lubański – wielka postać polskiego futbolu. Obok inna legenda, Stanisław Oślizło. O tym, co pan Stanisław myśli o grze na Śląskim, przeczytają Państwo w sobotę. Fot. Marcin Bulanda / Press Focus

Trwa zamieszanie związane z tym, gdzie reprezentacja Polski będzie grała w eliminacjach mistrzostw świata 2026 – w Warszawie czy na Stadionie Śląskim. Jak skomentować to przeciąganie liny?

– Nie wiem, komu takie przeciąganie jest potrzebne. Reprezentacja kraju rozgrywała wiele meczów i w Chorzowie, i w Warszawie. Trzeba by zapytać Polski Związek Piłki Nożnej, skąd w ogóle wzięła się taka sytuacja. Takie sprawy powinny być rozwiązane wcześniej.

Tym bardziej że eliminacje do mundialu za pasem. Z gramy Litwą 21 marca, a z Maltą trzy dni później. Oba mecze u siebie.

– Nie wiem, jaki wpływ może to mieć na zawodników, a to jest dla mnie najważniejsze. Zespół, wiadomo, czy będzie grał w Warszawie, czy na Śląskim, musi być odpowiednio przygotowany i bez względu na to gdzie, trzeba przeciwnika ograć. Natomiast bardzo ważnym elementem jest doping, wsparcie publiczności, które pcha zawodników. Z doświadczenia powiem, że Stadion Śląski jest doskonałym miejscem, żeby przekraczać piłkarskie możliwości. Często wsparcie było fantastyczne!

Mówisz Stadion Śląski, myślisz Włodzimierz Lubański, bo wiele było w „Kotle Czarownic” wspaniałych gier z pana udziałem! Pierwszy mecz, który przychodzi do głowy, to wygrane starcie z Anglikami w czerwcu 1973 roku w eliminacjach MŚ 1974. Pańska bramka, ale i dramat, bo fatalna kontuzja. A może mecze pucharowe w barwach Górnika Zabrze? Zwycięski gol z Manchesterem United (1:0) w marcu 1968 w Pucharze Europy czy może dwie bramki z Romą (2:2) w półfinale Pucharu Zdobywców Pucharów w kwietniu 1970?    

– Każdy z tych meczów był dla mnie ważny i specjalny. Każdy miał swoją wartość i znaczenie. Najważniejsze było, że osiągnęliśmy cel dzięki naszemu zaangażowanie na boisku i naszym umiejętnościom, ale też dzięki wsparciu publiczności. Podkreślam to, że doping z trybun uruchamia dodatkowe siły. Tak było w moim przypadku, kiedy przychodziło grać ważne mecze na Stadionie Śląskim czy to w barwach Górnika, czy w reprezentacji.

Był pan i na PGE w Warszawie, i na Śląskim w Chorzowie. Jak porównać te obiekty?

– Wsparcie publiczności jest i w jednym, i w drugim miejscu. Dla mnie, jako piłkarza, i dla kolegów z kadry czy z Górnika, Stadion Śląski był szczęśliwym miejscem, gdzie dodatkowo naprawdę dobrze się grało. Nie ulega dla mnie wątpliwości, że obojętnie, gdzie będziemy grali, będzie wsparcie dla polskiej drużyny. A gdzie będzie lepsze, to mi trudno powiedzieć.   

Jak jest w Belgii, gdzie od lat pan mieszka. „Czerwone Diabły” grają wszystkie spotkania w Brukseli czy zdarzają się też mecze na przykład w Liege?

– Większość meczów rozgrywają w stolicy na miejscu, gdzie kiedyś stał Heysel, który zburzono i wybudowano Stadion Króla Baudouina. Inne obiekty raczej nie są obsługiwane, choć reprezentacji zdarza się też zagrać poza Brukselą.

Za dwa miesiące zaczynamy eliminacje do amerykańskich MŚ. W grupie mamy Litwę, Maltę, Finlandię i przegranego z pary barażowej w Lidze Narodów, czyli Hiszpanię lub Holandię. Można być optymistą, czy po nieudanym dla naszej reprezentacji 2024 roku niekoniecznie?

– Wszystko zależy od tego, jak zespół będzie przygotowany, jak chłopcy będą dysponowani i jak będą umieli sobie nawet z tymi teoretycznie słabszymi zespołami poradzić. Wiadomo, że rywal z barażowej pary będzie najtrudniejszą przeszkodą, ale zobaczymy, jak będzie. Mam nadzieje i chciałbym, żeby reprezentacja Polski występowała w dużych turniejach regularnie, jak miało to miejsce w ostatnich latach.

Rozmawiał Michał Zichlarz