Na co choruje Widzew?
Po przegranej w Katowicach coraz bardziej nerwowo zaczyna się robić wokół Widzewa. Dlaczego łódzki klub, mimo potężnych nakładów finansowych, kolejny raz zawodzi na całej linii?
Łodzianie w obecnym sezonie rozczarowują po całości. W sobotę przegrali w Katowicach. Fot. Marcin Bulanda/PressFocus
Miało być nowe rozdanie, tymczasem zapowiada się na powtórkę z tyleż mało śmiesznej, co niespodziewanej rozrywki. Aż trudno uwierzyć, że zbudowany za grube miliony, posiadający w swojej kadrze reprezentantów kilku krajów klub odpadł na pierwszej przeszkodzie z Pucharu Polski, wygrał zaledwie jedno na trzynaście spotkań w lidze i niebezpiecznie zbliża się do strefy spadkowej.
Nie skreślać Stolarskiego
Ostatni raz Widzew trzy punkty zapisał… 9 sierpnia, wygrywając 2:0 w Białymstoku z Jagiellonią. Drużyny nie udało się okiełznać ani Aleksandarowi Vukoviciowi, ani (przynajmniej na razie) Mateuszowi Stolarskiemu, którego dni po ostatniej przegranej wydają się być policzone.
– Ja bym Mateusza jeszcze nie skreślał. To trener młodego pokolenia, który zaczął coś fajnego budować w Motorze. Meczów jest jeszcze sporo, to nie jest sytuacja alarmowa, choć celem na pewno były puchary. Jeśli na koniec rundy Widzew będzie bardzo blisko strefy spadkowej, to może dojść do roszady, choć ja uważam, że któremuś trenerowi trzeba dać dłużej popracować. Za Vukovicia narzekano na styl, Danielowi Myśliwcowi wcześniej zarzucano słabe punktowanie. Teraz Stolarski też nie może się przełamać. Częsta zmiana trenerów nie pomaga jednak w budowaniu zespołu. Trener, jeśli ma osiągnąć sukces, musi przepracować 3-4 okienka transferowe, aby jego pracę można było ocenić. W Widzewie trener zazwyczaj dostaje jedno okienko – mówi nam zapytany o sytuację klubu Sławomir Majak, piłkarz Widzewa w czasach jego świetności w latach 90-tych, obecnie trener Siarki Tarnobrzeg.
Nietrafione transfery
O ile w poprzednim sezonie niepowodzenia i walkę niemal do końca o uniknięcie degradacji tłumaczono brakiem tak potrzebnego w piłce czasu i zgrania sprowadzonych zawodników, tak teraz ciężko znaleźć racjonalne powody, przez które Łodzianie stają się największym, obok Rakowa Częstochowa, negatywnym zaskoczeniem sezonu.
– Jakbyśmy się cofnęli o 30 lat i zobaczyli, jakich zawodników wtedy ściągał do siebie Widzew, aby obronić mistrzostwo i zaistnieć w Europie, to zobaczylibyśmy, że byli to przede wszystkim najlepsi polscy piłkarze. Teraz mamy wprawdzie Bartłomieja Drągowskiego, Karola Świderskiego czy Przemysława Wiśniewskiego, ale pierwsze miesiące rządów pana Dobrzyckiego w klubie to transfery niestety mocno nietrafione, ktoś chyba nie miał nad tym kontroli. Piłkarza, któremu zamierza się płacić milion euro rocznie, trzeba lepiej zweryfikować. Zapłacono ogromne pieniądze nierzadko za anonimowych zawodników, mi te nazwiska przynajmniej nic nie mówiły. To nie były transfery, które mogły wzmocnić Widzew w tamtym momencie, aby zaczął odgrywać znaczącą rolę w polskiej piłce. Nie jestem w środku w klubie i nie wiem, jak to funkcjonuje, jaka jest ścieżka wyboru, ale choćby historia Osmana Bukariego – ściągniętego za rekordowe 5,5 mln euro, a po chwili wypożyczonego do Crvenej zvezdy – pokazuje, że zabrakło sprecyzowanego planu. W takiej sytuacji ciężko o dobre wyniki – uważa nasz rozmówca, którego III-ligowy zespół niedawno sprawił największą sensację w 1/16 finału Pucharu Polski.
– Bardzo ciężko jest zbudować kolektyw przy takiej różnorodności zawodników. Każdy z nich ma zapewne trochę inny pomysł na granie. Problem może być już w przestrzeni komunikacyjnej, gdy w szatni są piłkarze z całego świata. Chodzę na mecze Widzewa, oglądam to z bliska i nie mogę powiedzieć, aby byli niezaangażowani – dodaje Andrzej Kretek, w przeszłości bramkarz i trener Widzewa, a w 2017 roku także dyrektor sportowy łódzkiego klubu.
Za dużo pieniędzy?
Sytuacja jest na tyle poważna, że przy Piłsudskiego w tym tygodniu ma się odbyć zwołana przez właściciela Roberta Dobrzyckiego narada dotycząca kierunku, w którym w najbliższym czasie ma podążać Widzew. Przypomnijmy, że poprzedniej zimy właściciel wydał aż 13 mln euro na transfery, latem jeszcze wzmocnił kadrę, ale na razie nie widać żadnych rezultatów tych działań. Nie sposób nie odnieść wrażenia, że podobny wynik – 11 punktów w 13 meczach – osiągnęłaby drużyna zbudowana za kilka, jeśli nie kilkunastokrotnie mniejsze środki. – Kiedyś nie było kasy w Widzewie, a teraz wydaje się, że jest jej wręcz za dużo, a nie można zbudować czegoś, co przynajmniej nawiązywałoby do czasów, gdy jej brakowało. To jest taki paradoks. Widzew wciąż ma jednak szansę, patrząc tak z boku, zostać klubem na miarę obecnego Lecha. Warunki są tam porównywalne – uważa Majak.
W końcu musi ruszyć
W przerwie zimowej trwającego sezonu biznesmen inwestujący w klub nie planował spektakularnych wzmocnień, chciał postawić bardziej na perspektywicznych zawodników do ogrywania, ale miejsce w tabeli może te plany zweryfikować. Niewykluczone, że Widzew kolejny raz nie będzie pewny zachowania ligowego bytu do samego końca.
– Zespół powinno się budować od tyłu. Jak tam drużyna będzie dobrze funkcjonować, to będzie można zacząć myśleć o strzelaniu goli. Piłka dziś wygląda tak, że wszyscy zawodnicy na boisku muszą zarówno bronić, jak i atakować. Bronienie cały mecz i czekanie na jedną okazję to też oczywiście nie jest pomysł na funkcjonowanie na dłuższą metę – dodaje Kretek. – Najbliższe mecze zdefiniują, o co będzie grał Widzew w tym sezonie. Trzymam kciuki za to, że ktoś w końcu to ogarnie. Nie myślę tylko o trenerze, ale też odyrektorze Łukaszu Masłowskim. Czas powinien działać na korzyść drużyny, bo w pewnym momencie to musi ruszyć – kończy Sławomir Majak. Najbliższe spotkanie ligowe Łodzianie zagrają w sobotę z Pogonią Szczecin.
Mariusz Rajek
