Muszę częściej zabierać synków

Rozmowa z Bartoszem Zmarzlikiem

Bartosz Zmarzlik znalazł prędkość na finał! Fot. Michał Krupa/PressFocus

Czy wygrana w 300, turnieju, w dodatku w takich okolicznościach, ma dla pana wyjątkową symbolikę?

- Szczerze? Tak! Grand Prix zaczęło się w 1995 roku, wtedy się urodziłem. Z takim numerem startuję w cyklu. Pierwszy turniej wygrał tu mój mentor – Tomasz Gollob. To turniej numer 300, dla mnie 30. zwycięstwo. Jest trochę tych liczb… Pierwszy raz w tym roku na turniej przyjechały moje synki… Więcej chyba nie muszę dodawać. Pomogli mi wygrać, więc chyba muszę zabierać ich częściej (śmiech).

Widać duże wzruszenie...

- Jestem młodym chłopakiem, ojcem, mężem, kocham robić to, co robię, Widzę jak oni się uśmiechają, gdy tata przywozi puchary do domu. Wbiłem sobie do głowy, żeby pokazać im, że potrafię robić fajne wyścigi. Żeby to rozumieli w 100 procentach, muszę jednak jeszcze trochę powygrywać. Coraz więcej zaczynają „kumać”, ale jeszcze nie do końca.

Stęsknił się pan chyba za wygrywaniem turniejów. Ostatni miał miejsce ponad rok temu.

- Tak, bo żużel nie jest łatwy, wiele decyzji dobrych trzeba podjąć. Dziś to był niesamowity rollercoaster, ciężko mi sobie coś takiego przypomnieć wcześniej, a przecież trochę już jeżdżę. Do tego świetna praca całego zespołu. Przed finałem tata przyszedł zdenerwowany, zaczął kombinować: „A może to, może tamto”. Mówię: „Spokojnie, zmieniamy na finał dużo, bo nie byłem przez cały turniej za szybki”. Tak naprawdę prędkość znalazłem dopiero na finał. W końcu motor dał mi możliwość jazdy po dużej. Zmieniłem motocykl, bo w pierwszym skończyły nam się pomysły. Dobraliśmy inną charakterystykę silników i zadziałało.

Ucieszyło pana przed finałem, że Brady Kurtz zostawił panu czwarte pole?

- Ucieszyłem się, że nie wybieram pierwszy. To jest zawsze gdybanie. Po starcie we dwójkę wyszliśmy na prowadzenie, jeszcze się stuknęliśmy motocyklami. Wystraszyłem się, bo w takich sytuacjach zdarzało się, że spadały mi łańcuchy. Cieszę się bardzo, że wygrałem, choć od rana było dużo nerwów.

Nerwy były też przed 20.00, gdy Phil Morris chciał was zmusić do wyjazdu na tor przy padającym deszczu.

- Chodziło nam o to, że park maszyn był zalany i nie było możliwości pracy w nim. Motocykle były zimne, kaski leżały za kałużą, gogle zaparowane, z torby ciekła woda, nie mogłem znaleźć ochraniacza na plecy - jeden wielki chaos! Nie można podejmować decyzji w 5 minut. To nie było tak, że nie chcieliśmy jechać! Chcieliśmy tylko dostać przestrzeń, aby się przygotować. Wierzyliśmy, że zawody się odbędą, no bo kiedy odwoływane jest Grand Prix?! Po kolejnym deszczu było już OK, znaleźliśmy wspólny język z Philem Morrisem. Ewentualnym startem na chorągiewkę byłem załamany, dlatego wielkie podziękowania dla pana elektryka!

Rozmawiał i notował Mariusz Rajek

Materiał premium

Dalsza część jest dostępna dla subskrybentów

Odblokuj pełne wydanie i korzystaj bez ograniczeń. Czytaj ekskluzywne wywiady, analizy i felietony sportowe. Słuchaj podcastów oraz oglądaj materiały wideo.

Zobacz pakiety i odblokuj wydanie

Dostęp od 12,50 zł • BLIK / karta • Anulujesz online, kiedy chcesz

Masz już dostęp? Zaloguj się