Możemy być dumni

Rozmowa z Łukaszem Zwolińskim, napastnikiem Wisły Kraków

Łukasz Zwoliński (z prawej) i Mateusz Skrzypczak stoczyli wiele pojedynków. Fot. Kacper Pacocha / Press Focus

Potrafiliście zmusić mistrza Polski do obrony. Pucharu nie macie, ale pewną satysfakcję już pewnie tak.

– W piłkę gra się dla trofeów, marzeń. Dla mnie występ na Stadionie Narodowym, przed takimi kibicami, był spełnieniem marzeń. Choć okoliczności były, jakie były, to zaśpiewanie hymnu było wspaniałym uczuciem.

Mogliście się czuć jak u siebie, bo waszych fanów było słychać przez całe spotkanie.

– Tego brakuje nam na wyjazdach. Mecz był w środę o godzinie 21, a informacja o nim została podana niecałe dwa tygodnie temu, więc naszym kibicom należy się duży szacunek. Jeżdżą za nami po całej Polsce i nie są wpuszczani na stadiony, ale teraz mogli być dumni z naszej gry. Szkoda, bo trofeum chcieliśmy zdobyć szczególnie dla nich, wiedząc, jak ciężki mają okres. Chwała im za to, bo w Chorzowie czy Warszawie pokazali, że są w czołówce ekstraklasy.

Nie strzelił pan w dziewiątym meczu z rzędu.

– Jak strzelałem bramki, robiłem to samo. Teraz jest moment, że nie chce wpadać, ale dochodzę do sytuacji. Czasem brakowało odrobinę szczęścia. Mam już rozegranych tyle meczów i zdobytych bramek w ekstraklasie, że to nie jest coś, co plącze mi nogi.

Dlaczego nie udało się wyrównać w drugiej połowie? Minął już pan bramkarza...

– Skrzypczak rzucił się całym ciałem. To była świetna interwencja, powiedziałbym, że reprezentacyjna. Może przy odrobinie większym spokoju powinienem podciąć piłkę. Nie widziałem tej sytuacji, tylko to, że wyprzedziłem Abramowicza i lukę. Uderzyłem, nie wiedziałem, że rzuci się całym ciałem.

Czy wobec kontuzji Angela Rodado czuć, że na pana spada większa odpowiedzialność za strzelanie goli?

– Przychodząc do Wisły, wiedziałem, że będzie na mnie spoczywać odpowiedzialność. Na początku strzelał Angel, potem ja. Od zawodników ofensywnych wymaga się brania odpowiedzialności szczególnie za akcje ofensywne, ale drużyna to nie tylko Rodado i Zwoliński. Razem wygrywamy, razem przegrywamy i nie miałbym nic przeciwko temu, by inni zawodnicy też zdobywali bramki, kreowali sytuacje. Strata Angela wiąże się z jakimś dyskomfortem dla sztabu, bo nie mamy szerokiej kadry. Jednak po to są piłkarze czekający na szansę, by wziąć odpowiedzialność. Jeżeli chcemy zrobić kolejny krok, to nie tylko ofensywni gracze muszą to zrobić.

W kontekście Wisły skuteczność jest słowem odmienianym przez wszystkie przypadki.

– Graliśmy jak równy z równym, stworzyliśmy więcej dogodnych sytuacji i nie mamy się czego wstydzić, możemy być z siebie dumni. Nie dało nam to pucharu, ale to jest dobry prognostyk i bodziec przed tym, co nas czeka w lidze, a wszyscy wiemy, jak ważne są to dla nas rozgrywki.

Trener Adrian Siemieniec powiedział, że nie planował, by jego zespół oddawał wam inicjatywę.

– Jagiellonia najbardziej niebezpieczna jest z piłką. Wiemy, jaka kultura gry jest w ekstraklasie i że jak wyjdziemy agresywnie, nie przestraszymy się, to przy naszej jakości będzie możliwe zdominowanie rywala. W wielu fragmentach to się udawało, bo wysoko odzyskiwaliśmy piłkę i Jagiellonia mogła być zaskoczona. O skuteczności rozmawiamy praktycznie co mecz. Cały czas pracujemy na treningach, zostajemy po to, by strzelać i to jest jedyne rozwiązanie. Nie ma co się załamywać, nie ma co się obrażać, trzeba robić swoje. Jak strzelałem bramki, robiłem to samo, co robię teraz. Tylko poprzez powtórzenia czy łapanie automatyzmów możemy stać się bardziej skuteczni. Musielibyśmy się martwić, gdybyśmy nie stwarzali sytuacji. Oczywiście, to może irytować, bo jakbyśmy na początku strzelili dwa gole, to mecz kończyłby się bez dramaturgii do ostatnich minut. Nadal musimy być konsekwentni i wierzyć w to, co robimy. Kwestią czasu jest, że ja czy koledzy z ofensywy będą wykorzystywać okazje.

Już w sobotę na wyjeździe zmierzycie się z Wartą Poznań. Zdążycie odpocząć?

– Fizycznie nie wyglądamy źle. Zmusiliśmy mistrza Polski do oddania piłki, podchodziliśmy wysoko. Jagiellonia pokazała, że da się grać co trzy dni i my też jesteśmy na to gotowi. Nie szukałbym wytłumaczenia, że my graliśmy mecz o Superpuchar, a Warta nie. Występ przeciwko Jagiellonii kosztował nas dużo zdrowia, ale trzeba liczyć na mądrość zawodników i wierzyć w sztab medyczny.

Rozmawiał Michał Knura