Mówi do mnie „tato”, ja do niego „synu”

Rozmowa z Dariuszem Dudkiem, byłym ligowcem i byłym trenerem m.in. Zagłębia Sosnowiec i GKS-u Katowice, dziś komentatorem telewizyjnym

Tymoteusz Puchacz w zupełnie nieoczywistych barwach zadebiutuje w czwartek w Lidze Mistrzów. Fot. instagram.com/sabahfc

Kiedy poprosiłem pana o parę chwil rozmowy o Tymoteuszu Puchaczu, który w czwartek - w barwach Sabaha Baku zadebiutuje w Lidze Mistrzów - wyraźnie się pan ucieszył. Dlaczego?

- Bo to fajny chłopak jest, i dobry piłkarz. Można powiedzieć, że zaczynałem moją samodzielną trenerską pracę z nim. Do dziś pamiętam naszą wyprawę z prezesem Zagłębia Marcinem Jaroszewskim pod Poznań, gdzie umówiliśmy się z jego rodzicami. Bardzo go wtedy chciałem do Sosnowca, bo Tymek miał problemy z graniem w Lechu. To znaczy grał, ale w III lidze, w rezerwach.

No to dlaczego on? Jak go pan wypatrzył?

- Dział skautingu nieźle pracował wtedy w Sosnowcu. Poza tym funkcjonował przepis o konieczności wystawiania młodzieżowca. Ale najważniejsze było to, że to był lewonożny zawodnik. Byłem pewien, że będzie u mnie grać regularnie właśnie jako lewy obrońca.

Łatwo poszły rozmowy?

- Trzeba było przekonać rodziców – w tym tatę, który przecież grał w piłkę, że Zagłębie będzie dobrym miejscem dla niego. Tymek miał jeszcze ofertę z Chrobrego Głogów, a poza tym on sam niespecjalnie chciał się ruszać z Lecha. Ale udało się nam przekonać całą trójkę. Musieliśmy tylko obiecać jego mamie, że przypilnujemy tego, by – grając u nas – dobrze przygotował się do matury. I żeby zdał też egzamin na prawo jazdy.

Udało się?

- Tak. Dla mnie to też było ważne; od kiedy pracowałem jako trener, zawsze starałem się dbać o to, by zawodnik miał maturę, niezależnie od tego, co osiąga w piłce.

Jaki jest Tymoteusz Puchacz dziś, kibice wiedzą doskonale, m.in. z jego mediów społecznościowych. A jaki był dziewięć lat temu?

- Zacznę od... końca. Zupełnie nie dziwię się, że teraz jest w tym miejscu, w którym jest – czyli u progu Ligi Mistrzów. To był chłopak, który wykazywał dużą chęć do pracy. Ja bym powiedział nawet, że w jego sukcesie jest 20 procent talentu, a 80 procent pracy. W okresie naszej wspólnej pracy miał bardzo dużą świadomość tego, co chce robić. I pracował na to dodatkowo.

To znaczy?

- Po zajęciach zostawałem jeszcze w klubie, żeby sobie podsumować robotę, przygotować do następnego dnia itp. I kiedy trzy-cztery godziny później szedłem jeszcze do siłowni, niemal zawsze spotykałem tam właśnie Tymka. Fajnie się z nim trenowało, bo on zawsze dbał o to, by w siłowni była muzyka. Mnie było obojętne, jaka; miała być dobra. I on to gwarantował. Później został odpowiedzialnym w drużynie, w szatni, w autobusie za muzyczny klimat.

Co zapodawał?

- Wiem, że często leciał Bedoes.

Generalnie – jak już przy tym temacie jesteśmy – nie miał pan wrażenia, że w tamtym czasie – i potem też przez parę lat – był po prostu lekkoduchem?

- Owszem. Choć ja wolałbym określenie: pozytywnym człowiekiem. Myślał wyłącznie pozytywnie, choć z ciężkiej pracy nie zawsze wszystko mu wychodziło. A co do charakteru – lubił i potrafił być duszą towarzystwa.

A profesjonalizm?

- Miał. Nie olewał żadnego tematu: dużą uwagę zwracał na jedzenie, na odnowę biologiczną. Jak mówiłem, spędzał w klubie mnóstwo czasu, nigdy się nie śpieszył.

Z Zagłębiem awansowaliście do ekstraklasy, ale on w niej zagrał tylko dwa mecze i poszedł znów do 1. ligi, do Katowic. Czemu?

- Bo w tamtym momencie ekstraklasa była dla niego za dużym wyzwaniem. Pamiętam mecz z Legią: zrobił w nim sporo szkolnych błędów, w ustawieniu. Więc podjąłem decyzję, że potrzebuję kogoś mocniejszego na jego pozycję, żeby wzmocnić lewą stronę. Rozmowa z nim i jego rodzicami była niełatwa. Ale powiedziałem wprost: będzie mieć u mnie problem z graniem. Nie wyrzucałem go, po prostu zaproponowałem przeprowadzkę do Katowic, które były nim zainteresowane.

I tam wkrótce znów się spotkaliście...

- Kiedy rozwiązałem kontrakt z Zagłębiem, a kilka dni później poszedłem do Katowic. Tymek już tam był. To był dla niego – mam wrażenie – ważny sezon. W GKS-ie przeniosłem go nieco wyżej; nie był już tylko lewym obrońcą, ale grywał też w pomocy. To od tamtego sezonu mówi do mnie „tato”, a ja do niego - „synu”. Mocno pracowaliśmy też wtedy nad jego motoryką, bo wciąż miał wiele deficytów, również w tym zakresie. I tak jednak, gdy po dwóch latach w Lechu, do którego wrócił z Katowic i stał się jego podstawowym zawodnikiem, wyjechał do Niemiec (do Unionu Berlin – dop. aut.), tamtejsi trenerzy stwierdzili, że właśnie przygotowania motorycznego na poziomie Bundesligi najbardziej mu brak. Generalnie uważam, że było u niego za wcześnie na ten wyjazd. Powinien wtedy zostać w Lechu – tym bardziej że byli z niego zadowoleni; pamiętam rozmowy z Tomkiem Rząsą (był już wtedy dyrektorem Lecha – dop. aut.), który chwalił „Puchę” za grę. W Berlinie mu nie wyszło, na wypożyczeniu w Trabzonie też nie bardzo, bo i w Turcji do tej motoryki przywiązuje się wielką wagę.

W końcu jednak się odrodził – w drugoligowym Kaiserslautern. Co okazało się kluczem do tego?

- Myślę, że znalazł „swojego” trenera i „swoje” środowisko. Tymek jest specyficzny, trzeba zaakceptować jego osobowość, pewną „inność”.

Co pan rozumie przez „specyficzny”?

- Nie wszystkim musi pasować ten jego nieustanny optymizm i luz. Szatnia piłkarska czasami to lubi, a czasami nie. Bywają w niej ludzie, dla których najważniejszy jest trening, trening i jeszcze raz trening.

I niekoniecznie kochają – w przenośni – bity z głośnika podawane przez kolegę?

- Na przykład. Sposób bycia „Puchy” nie każdemu musi się podobać. Ja nie mam z tym problemu, że nawet po przegrywanym jednym czy drugim meczu ktoś się uśmiecha w szatni - a Tymek tak miał: wiecznie uśmiechnięty, zadowolony. Dla Tymka to normalne zachowanie, ale inni mogli je źle odczytywać. Być może ten czy inny Niemiec na przykład, spoglądając na ten jego uśmiech, myślał sobie: „Gość powinien się zabrać za robotę, a nie ciągle się uśmiechać”...

W tym roku zdecydowanie ma jednak prawo do uśmiechu; w przeciwieństwie do większości dawnych kolegów z Unionu czy Trabzonsporu, Puchacz zagra w Lidze Mistrzów. Co się wydarzyło u niego, że dotarł piłkarsko na taki poziom?

- Z każdym rokiem jest starszy, bardziej dojrzały, i z każdym rokiem jest lepszym piłkarzem. Zapewne trafił w Baku na fajne środowisko. Prywatnie – ożenił się, co zapewne też ma jakiś wpływ.

Ustatkował się i zmądrzał życiowo – powiadają ludzie po czyimś ślubie. Dobra diagnoza?

- No tak, na pewno się ustatkował. A czy zmądrzał? (śmiech). Jak masz ciszę i spokój w domu, wszystko jest poukładane, łatwiej się pracuje; przenosisz ten spokój na klub. Myślę, że właśnie żona w bardzo pozytywny sposób wpływa również na jego zawodowe zachowania.

Zna pan dobrze charakter Puchacza. To jest facet, który – stojąc na środku Old Trafford i słuchając hymnu Ligi Mistrzów – poczuje bardziej paraliż, czy raczej mobilizującą ekscytację?

- On ma tak głowę poukładaną, że może przez pierwszą minutę będzie w jakimś amoku. Ale szybko wróci na ziemię i później już nic nie powinno rozbijać jego koncentracji na meczu. Jest podstawowym obrońcą Sabahu, gra niemal wszystko w podstawowym składzie, w rundzie play off w meczu z Hapoelem Beer Szewa miał dwie asysty, w tym tę kluczową, przy golu doprowadzającym do dogrywki. Ma powody, by czuć się mocnym. A poza tym on zawsze powtarzał: „Lubię spełniać swoje marzenia”. No więc taki mecz w Manchesterze na pewno jest czymś, o czym od dziecka marzył. Najlepszy moment w życiu. Mówię to przez pryzmat własnych doświadczeń. Zawsze sobie powtarzałem, że gdybym choć raz miał szansę zagrać na Barcelonie czy na Realu Madryt, zaraz potem zakończyłbym karierę. Będąc w Legii, w eliminacjach Ligi Mistrzów pojawiłem się na murawie Camp Nou. Do dzisiaj to mój najlepszy moment w życiu, i chyba najlepszy mecz w życiu. Tymek właśnie jest w tym samym miejscu: będzie grać z „Diabłami” na ich stadionie!

Rozumiem, że – ze względu na karierę brata – to raczej Liverpool bliski był pańskiemu sercu, a nie Manchester United?

- Liverpool był na pierwszym miejscu, owszem. Ale nawet dziś bywam od czasu do czasu w Manchesterze, zabierając ze sobą partnerów biznesowych, z którymi współpracuje moja firma. Rok temu byłem m.in. na meczu United z Liverpoolem. Spaliśmy wtedy w hotelu przy Old Trafford, należącym do grupy byłych piłkarzy tego klubu, m.in. Paula Scholesa. Aż ciarki przechodzą człowiekowi po plecach, gdy się wchodzi na ten stadion. Niesamowite uczucia. Więc i Tymek ten mecz - występ na boisku Cristiano Ronaldo, Wayne'a Rooneya, Davida Beckhama, Ryana Giggsa – będzie wspominać do końca życia!

Rozmawiał Dariusz Leśnikowski

Puchacz w Lidze Mistrzów
◾  10.09 Manchester Utd – Sabah (1) *
◾ 13.10 Sabah – Slavia (X)
◾ 20.10 Sabah – Borussia (2)
◾ 4.11 Viking – Sabah (2)
◾ 25.11. Sabah – Barcelona (2)
◾ 8.12 Villareal – Sabah (1)
◾ 20.01. Sabah – Napoli (2)
◾ 27.01. Arsenal – Sabah Sabah (1)
*w nawiasie – typer Dariusza Dudka


NIE PRZEGAP!

Liga Mistrzów – 1. kolejka
◼ Manchester Utd – Sabah
czwartek, 21.00 – Canal+ Extra 1


Dariusz Dudek jest dumny, że jeden z jego niegdysiejszych podopiecznych właśnie dotarł do Champions League. Fot. Piotr Matusewicz/PressFocus

Materiał premium

Dalsza część jest dostępna dla subskrybentów

Odblokuj pełne wydanie i korzystaj bez ograniczeń. Czytaj ekskluzywne wywiady, analizy i felietony sportowe. Słuchaj podcastów oraz oglądaj materiały wideo.

Zobacz pakiety i odblokuj wydanie

Dostęp od 9,90 zł • BLIK / karta • Anulujesz online, kiedy chcesz

Masz już dostęp? Zaloguj się