Mój wewnętrzny widz mówi: Fajne to było
Rozmowa z Andrzejem Chyrą, odtwórcą roli Ernesta Wilimowskiego w spektaklu „Ezi”
Co pana najbardziej ujęło w tej historii, którą opisał autor spektaklu, Robert Talarczyk?
– To taka wersja historii, którą najbardziej lubię: opowieść o człowieku wyrzuconym poza nawias, wyrzuconym jak gdyby z historii, ponieważ nie odpowiada standardom, które akurat w danym momencie historycznie i politycznie są potrzebne. Człowiek jest istotą zmagającą się czasem z potwornościami czy przeciwnościami ponad jego siły. Być może ten spektakl, ta opowieść będzie dla kogoś uwalniająca. Poznajemy dzięki niej życiorys nie do końca idealny, z pewną plamą na nim. Ale któż z nas jest idealny w życiu?
A co było dla pana najciekawsze w pracy nad postacią Ernesta Wilimowskiego?
– Jako aktor bardziej skupiam się nad detalami dotyczącymi granej postaci niż nad tym, co sam myślę o bohaterze. Ciekawe było to, że „Ezi”, choć całe dzieciństwo i młodość spędził w jednym i tym samym miejscu, to przecież urodził się w Niemczech, a wychował w Polsce. Ten fakt i to miejsce miało zapewne wpływ na jego powierzchowność i oczywiście na późniejsze losy. Spotykamy człowieka, który czuje, że powinien być w glorii sławy, że należy mu się ten blask, a pozostaje w głębokim cieniu. To jest paradoks. A dla mnie właśnie paradoks jest iskrą życia, która najlepiej sprzedaje się w widowiskach takich jak film, teatr, w ogóle sztuka. Paradoks jest tym, co daje nam „mięso”.
A czy znaczenie miało to, że tego – jak pan mówi – życiowego paradoksu doświadczał sportowiec, a nie na przykład artysta, aktor, człowiek sztuki? Że może wymazanie go z kart historii w PRL-u zdarzyło się dlatego, że fusbal to ludyczność, to masowe zainteresowanie?
– Nie wiem, czy to jest aż tak istotne. Fusbal jest tylko tematem rozmów między bohaterami, pretekstem do pokazania pomieszania historii, pomieszania znaczeń i pomieszanie tych należnych, jak sobie wyobrażamy, sprawiedliwych nagród za zasługi. I to jest dla nas najbardziej interesujące, bo wyłamuje się spod klasycznego, „normalnego” życia.
Długo się pan zastanawiał nad przyjęciem propozycji Janusza Zaorskiego?
– Nie. Może dlatego, że często do mnie przychodzą twórcy z takimi właśnie dziwnymi postaciami, o pokręconych losach. A poza tym od razu zaproponowano udział także Zbyszkowi Zamachowskiemu. My się już wcześniej parę razy spotkaliśmy, ale takich zawodowych spotkań nigdy dość. Teatr telewizji to jest coś, co musi zmieścić dwóch ludzi w kamerze, często w bliskim planie, oko w oko, ząb w ząb. Trzeba działać nie tym dużym gestem, ale niuansem. To był ważny dla mnie argument.
Przyznam, że kiedy Wilimowski założył otrzymany od Górskiego dres z napisem „Polska”, przeszły mnie ciarki – a o emocje widza przecież chodzi. Nie wiem, na ile aktor wchodzi w postać bohatera, ale... nie miał też w tej scenie „skoku adrenaliny”?
– Coś się na pewno czuje w takich momentach, by być wiarygodnym na ekranie. Ale to nie jest wcale takie proste i łatwe do uzyskania. Natomiast w tym przypadku, przeglądając po raz pierwszy cały materiał, miałem chwile wzruszeń. Dlatego jestem zadowolony z efektu. Dla mnie to jest taka najczystsza recenzja, kiedy ten mój wewnętrzny widz mówi mi: Fajne to było.
Podczas dnia otwartego na planie „Eziego” w Wiśle pojawił się także trener Antoni Piechniczek. Pan podkreśla, że właśnie mundial w Hiszpanii był pańskim... ostatnim momentem prawdziwego zainteresowania piłką nożną. Spotkanie z selekcjonerem miało dla pana wartość?
– Przywitaliśmy się, poznaliśmy. Ale byliśmy wtedy na planie w wielkim biegu, a on przyszedł tylko na chwilę. I kiedy skończyliśmy nagranie, już nie było okazji do rozmowy... Wie pan, to trochę jak w tej oryginalnej historii spotkania Górskiego z Wilimowskim. Zamienili trzy zdania, potem Górski został poproszony do telefonu, a kiedy wrócił, „Eziego” już nie było...
Rozmawiał i notował Dariusz Leśnikowski
