Mogło być ze mną krucho

Rozmowa z Jakubem Bieleckim, bramkarzem Ruchu Chorzów

Popularny „Bielu” ma za sobą bardzo trudny okres, ale w przyszłość patrzy z optymizmem. Fot. PressFocus

Dobrze jest wrócić do Ruchu?

– Bardzo dobrze! Cieszę się, że wróciłem. Na jednej z platform społecznościowych był mój cytat, że kiedyś wrócę do poważnego grania i to się udało. Jestem bardzo zadowolony, tym bardziej że pierwszy sparing zagraliśmy z Polonią Bytom. To była superokazja, żeby porozmawiać z jej sztabem i chłopakami z drużyny.

Właśnie – jesienią mocno pan pracował na gościnnych treningach w Polonii.

– Bardzo mocno, ale jak podkreślałem, gdyby nie ręka, którą wyciągnęła w moją stronę Polonia, mogłoby być ze mną krucho. Wiadomo że sam także wykonałem dużo roboty, było dużo samozaparcia i dyscypliny, ale chęć pomocy dla mnie była kluczowa i jestem za to bardzo wdzięczny.

Jak pan ocenia pierwszy sparing – przeciwko niedawnym kolegom - jako powrót do dowodzenia obroną Ruchu?

– Nie było większego problemu. Wejście do szatni Ruchu miałem po staremu. Jedyna rzecz, jaka się zmieniła, to fakt, że pojawiło się trochę więcej języka angielskiego. Jak się grało przeciwko chłopakom, z którymi się trenowało? Też bardzo dobrze. Było trochę komplikacji w konkursie rzutów karnych (dodatkowym, po meczu – przyp. red.). Kiedy bramkarz wie, jak strzelają konkretni piłkarze, to oni mogą trochę pokombinować i... robi się woda w głowie, więc nie poszło do końca tak, jakbym chciał (śmiech).

Jaki pan stawia sobie cel na wiosnę? Wskoczyć do bramki może być trudno...

– Mam kilka celów indywidualnych, ale zostawiłbym je dla siebie. Wierzę, że jestem w stanie podjąć rękawicę i będę naciskał tak, jak tylko mogę. To będzie z korzyścią dla klubu, drużyny, ale też dla Martina i Kuby (Turka i Szymańskiego – przyp. red.), tak żeby rywalizacja była zdrowa. Zapatruję się na to pozytywnie i będę czekał na szansę.

Czy jest pan innym Jakubem Bieleckim niż rok, półtora roku temu?

– Jestem innym Kubą Bieleckim jako człowiek, nie tylko jako zawodnik. Tu była największa zmiana, choć oczywiście w obrazie piłkarza dochodzi jeszcze postawa fizyczna. Mam to przepracowane, już za sobą i staram się to wyrzucić z głowy, żeby już do tego nie wracać. Patrzę tylko do przodu.

Co było największym problemem?

– Ogólnie powiedziałbym, że głowa. U profesjonalnych sportowców ona jest najważniejsza. Jeśli są umiejętności, a nie ma głowy – to nic nie da. Nie ma głowy – nie ma człowieka.

Niektórzy zarzucali panu lenistwo, brak profesjonalizmu, trochę kilogramów za dużo. To wszystko było pokłosiem kłopotów na tle psychologicznym?

– Wszystkiego po trochu. To się skumulowało. Przez niektóre problemy musiałem wspomagać się też lekami. Mógłbym stać i rozmawiać o tym godzinami, choć... o niektórych rzeczach nie mógłbym powiedzieć. To jest już jednak za mną i nie wróci.

Czyli ma pan za sobą po prostu trudny etap w życiu, jako człowiek.

– Tak. Życie boiskowe i sportowe przekładało się na życie prywatne i nie było łatwo. W drugą stronę też to działało, ale jużjestem nastawiony optymistycznie.

Rozmawiał Piotr Tubacki