Modlitwa przed nami
Rozmowa z selekcjonerem Marcinem Lijewskim po eliminacyjnych meczach mistrzostw Europy 2026
Na Kamila Syprzaka zawsze możemy liczyć. Fot. Paweł Bejnarowicz/PressFocus
Krótkie pytanie na rozgrzewkę – czy przed meczami z Izraelem i Rumunią trzy punkty brałby pan w ciemno?
– W ciemno na pewno nie, bo zawsze wychodzimy na parkiet, by wygrać. Tak więc plan-marzenie zakładał cztery punkty, ale po zremisowanym w samej końcówce spotkaniu z Izraelem braliśmy też pod uwagę, że z Rumunią u nich może być ciężko, możemy też przegrać.
Wydarzenia boiskowe odwróciły założenia, bo wydawało się, że u siebie z niżej notowanym Izraelem nie będzie spacerku, za to punkty wpadną bez większych obaw. Stało się inaczej, bo w Olsztynie znaleźliśmy się na krawędzi kompromitacji.
– Z Izraelem było trudniej, ale to był taki mecz, że gdybyśmy do niego inaczej podeszli – taka jest moja diagnoza, to nie jest jeszcze na 100 procent pewne – to nie mielibyśmy późniejszych problemów. Chłopcy zawsze mówią, że dają z siebie 100 procent i na te 100 procent byli przygotowani. Analiza wideo dowiodła jednak, że nasza postawa w obronie, gdzie byliśmy totalnie bierni, mogła nas drogo kosztować. Tymczasem trzy dni później w Buzau zagraliśmy z zupełnie innym nastawieniem, a przecież w trzy dni nie da się tak wytrenować zespołu, by urósł od zera do bohatera. Podsumowując powiem coś, co może być dziwnie odebrane - to, że urwaliśmy remis z Izraelem, to i tak jest cud. Z przebiegu meczu nie zasłużyliśmy na remis.
Mentalność reprezentacji zawodzi? Jest mało profesjonalna?
– Nie jest mało profesjonalna, tylko to można rozważyć na dwa sposoby – gramy w domu z Izraelem, który przegrał ze Słowacją, z którą wcześniej wygraliśmy w eliminacjach mistrzostw świata. Jest piękna hala w Olsztynie, przyjdą ludzie, będą nas wspierać, dopingować, czyli mecz sam się wygra. Zresztą czuje się czasami już w szatni, czy nawet w hotelu, czy jest napięcie w zespole, czy jest inna atmosfera niż normalnie. W dniu meczu z Izraelem w ogóle tego nie było czuć. Denerwowałem się tylko ja i członkowie mojego sztabu.
A z druga wersja?
– Presja, którą chłopcy na siebie nakładają, jest tak wielka, że w meczach domowych nad nimi dominuje i dlatego tak słabo grają. Nie sądzę jednak, by ta druga wersja wchodziła w grę, bo mamy w zespole tylu doświadczonych zawodników, którzy mają liczne występy w reprezentacji, czy na poziomie Bundesligi i Ligi Mistrzów, że raczej ta pierwsza diagnoza wchodziła w grę. Dominowała pewność, że mecz sam się wygra. No i w pewnym momencie poszło nie tak, jak sobie myśleliśmy, a na tym poziomie stratę 4-5 bramek nie jest już tak łatwo odrobić.
Powiedział pan im to?
– Czy powiedziałem? Ja ich tym gniotłem przez dwa dni!
To co jest grane, skoro po doskonałej pierwszej połowie z Rumunią, gdzie nasza przewaga sięgnęła ośmiu bramek, a najczęściej kręciła się przy sześciu, wróciły demony z Olsztyna? Roztrwoniliśmy bowiem przewagę i w końcówce omalże nie przegraliśmy wygranego meczu.
– Zaraz po powrocie zobaczyłem sobie raz jeszcze ten mecz. W kluczowym momencie nie trafiliśmy kilku „czystych” piłek. „Sypa” (Kamil Syprzak – przyp. red.) miał dwie. Później był rzut karny dla nich, Janek Czuwara też nie trafił, a w obronie widać już było zmęczenie. Byliśmy o pół sekundy za wolni, reagowaliśmy za późno i Rumuni zaczęli nam rzucać bramki z drugiej linii. Oni się napędzali, nam było coraz trudniej. Na szczęście w kluczowych momentach, jak trzeba było, to dorzuciliśmy ważne gole.
Naszym bohaterem był Adam Morawski. To była pańska decyzja, by bramkarza Melsungen, lidera Bundesligi, który bronił genialnie – w 20 minucie na poziomie 50 procent, a na koniec meczu 39 procent – zabrakło w kadrze na spotkanie z Izraelem?
– Któryś raz pada to pytanie...
Musi paść, a po meczu w Buzau nurtuje wszystkich. To był pana wybór, czy inne okoliczności decydowały o braku „Loczka”?
– Decyzje odnośnie bramkarzy są podejmowane na podstawie statystyk: jak grali wcześniej, jak wyglądają po przyjeździe na zgrupowanie... I naprawdę najlepiej wyglądali Kuba Skrzyniarz oraz Marcel Jastrzębski. „Loczek” natomiast był strasznie spięty. Widać było, że bardzo chce, a wszystko szło u niego w drugą stronę, więc „Wieściu” (Marcin Wichary, trener bramkarzy i były reprezentacyjny golkiper – przyp. red.) nie chciał go „ugotować”. Już na początku powiedzieliśmy, że na Izrael wychodzimy drugim zestawieniem, a Morawski jedzie jako pierwszy w Rumunii. Taką decyzję podjęliśmy. Nieważne, jak zagra ta dwójka, czy będziemy mieli wśród nich króla, czy nie, w Rumunii zaczyna „Loczek”.
Czas pokazał, że nie do końca się ta teoria sprawdziła, tym bardziej że Jastrzębski nie gra w Płocku. Jest trzecim bramkarzem, nie przebija się przez Hallgrimssona i Alilovicia. Podobnie Skrzyniarz w hiszpańskim Irunie.
– Nie do końca tak jest. Skrzyniarz gra najwięcej z nich. Gra stale i na dobrym poziomie. Tylko to jest inna kwestia - jeżeli pasywnie stoi obrona, a bramkarze dostają rzuty z 6 metrów, z „wjazdów” lub z koła, to jak mają coś złapać? „Loczek” w Rumunii, zanim obronił sam na sam, to złapał 3-4 rzuty z dystansu. Bardzo dobrze wszedł w mecz, uwierzył obronie i później tak się napędził dobrymi interwencjami z drugiej linii, że łapał też piłki z bliska w środek. Poza tym miał wideo z meczu Rumunów w Portugalii trzy dni wcześniej. Mógł się więc przygotować, a wideo z Izraela było sprzed ponad pół roku.
Podsumowując – część kadry zawiodła, część potwierdziła swoją przydatność. Będą roszady?
– Czy zawiodła? Zawiódł cały zespół w pierwszym meczu. Tylko Arek Moryto i Kamil Syprzak zagrali na swoim poziomie. Natomiast bierna postawa całej drużyny, brak agresji także w przygotowaniu do meczu sprawiły, że taki, a nie inny był wynik z Izraelem. My chyba przed każdym meczem powinniśmy zagrać sparing i dostać wpier... od lokalnej drużyny, żeby wyzwolił się w nas ten właściwy nerw. Potwierdził to mecz z Rumunią. Naprawdę super się na chłopaków patrzyło, zwłaszcza w pierwszej połowie. To było zupełnie inne oblicze zespołu. Chciało się go oglądać.
Może więc trzeba zatrudnić szamana? Kiedyś Emmanuel Olisadebe wierzył polskiemu „szamanowi” z Tychów, który go leczył, mobilizował, czasami „czarował” i „Oli” potem grał jak z nut! Strzelał jak na zawołanie.
– Cholera wie... Oni chcą, naprawdę bardzo chcą, cieszą się na każde zgrupowanie. Rozmawiałem z każdym z nich, przyjeżdżają na kadrę i tworzą bardzo fajną grupę. Fajnie się z nimi pracuje, treningi są przyjemnością. I jeszcze coś powiem - zgrupowanie w Olsztynie było najlepszym, jakie miałem do tej pory. Pod względem jakości treningów, tego jak im wszystko wychodziło. To zresztą widać było w ataku Nie mieliśmy problemów z wykreowaniem pozycji rzutowych. Trochę gorzej było z ich wykończeniem, bo nie zawsze rzucaliśmy bramki. Nie wiem czy rzuciło się panu w oczy, że w ataku gramy totalnie swobodnie, mimo że część meczu jesteśmy tylko z prawą ręką na prawym rozegraniu, a nasze warunki fizyczne są jakie są, bo nasi środkowi mają lekko powyżej metra trzydziestu...
Wicemistrz olimpijski z Sydney, mistrz świata i trzykrotny mistrz Europy, Szwed Ljubomir Vranjes prowadził grę galaktycznych wówczas „Trzech Koron” na środku rozegrania, mając 165 cm wzrostu.
– No tak, racja. Piłka ręczna idzie w kierunku szybkości, taka tendencja jest teraz. Tylko że nasz problem zaczyna się, gdy rzucamy bramkę, lub tracimy w ataku piłkę i trzeba się szybko zorganizować w obronie. Wtedy mamy już turbo problem z organizacją. Jeżeli zespół jest mądry i biega, jak biegał Izrael, to nie mamy szans się zmienić do obrony. Rumuni, nie wiem dlaczego, może im się nie chciało, ale tak nie biegali, więc mogliśmy się spokojnie zmieniać i grać swoje.
Co teraz przed wami? W połowie stycznia jedziecie na mistrzostwa świata, a do tego czasu...
– Przed nami modlitwa, żeby się już nikomu nic nie stało, bo w naszej lidze teraz będzie mnóstwo grania, a do tego dochodzi Liga Mistrzów oraz pozostałe europejskie puchary. Zwłaszcza Michał Olejniczak i Arek Moryto muszą się tak prowadzić, żeby byli zdrowi. Spotykamy się po świętach w Płocku na cztery dni. Nie gramy już z nikim, tylko ciężko pracujemy. Po Nowym Roku będziemy mieli turniej w Płocku i po nim jedziemy na mundial.
Z kim się zmierzycie w Płocku?
– Z Austrią, Japonią i Tunezją. Trzy różne zespoły, bo na mistrzostwach świata z różnymi drużynami przyjdzie nam grać (w naszej grupie są Niemcy, Czechy i Szwajcaria – przyp. red.). Pod tym też kątem dobieraliśmy ostatnich przeciwników, czyli trochę europejskiej piłki, trochę afrykańskiej, bo arabski handball zawsze był dla nas niewygodny. Azja natomiast to już zupełnie inny wymiar piłki ręcznej.
Rozmawiał Zbigniew Cieńciała
Marcin Lijewski. Fot. Paweł Bejnarowicz/PressFocus
