Mistrzów dwóch

Z DRUGIEJ STRONY - Dariusz Leśnikowski

Miniona kolejka PKO BP Ekstraklasy bez wątpienia odbiegała od wielu wcześniejszych. Przypominała nieco okres wielkiej smuty w naszej ligowej piłce. Większość meczów znacząco odstawała od tego poziomu, który dawno już bezprzedmiotową uczynił dyskusję – podnoszoną przez malkontentów, sceptyków i wielce niezadowolonych zawsze i wszędzie tzw. ekspertów na temat tego, czy warto było zwiększać do osiemnastu liczbę zespołów grających w elicie. Warto – odpowiadamy; rosnąca z sezonu na sezon frekwencja na stadionach i przed ekranami dobitnie to potwierdza. Wciąż jeszcze zdarzają się natomiast spotkania wybitnie słabsze, grane trochę na (przed)wiosennym zmęczeniu, i do tego z lufą karabinu przystawioną do czoła zespołów z dołu stawki. A że – biorąc pod uwagę niewielkie różnice punktowe i spłaszczoną tabelę – w owym dole stawki jest... niemal każda ekipa, presja i związany z nią stres potrafi spętać nogi nawet doświadczonym piłkarskim obieżyświatom. I mamy wtedy takie „widowiska”, jak piątkowe starcie w Łodzi czy sobotnie w Częstochowie, od których oczy wypadają i zęby bolą... Wypada wszakże wierzyć, że wraz z wiosenną poprawą stanu boisk (np. gdyńskie mocno utrudniało życie Arkowcom i GieKSiarzom) podobne ciasta z zakalcem widywać będziemy już na ligowym stole rzadko albo jeszcze lepiej wcale.

Był w owej 22. kolejce i moment symboliczny. Można by nawet użyć pojęcia „historyczny” – i też byśmy się nie pomylili, bo prekursorski był na pewno. Nigdy wcześniej nie zdarzyło się w naszej lidze, byśmy równocześnie w jednym meczu mieli na murawie dwóch mistrzów świata. Ba; nawet wchodzili na nią w tym samym momencie, wcześniej przez kilkadziesiąt sekund stojąc obok siebie przy linii bocznej. „Phi...” – niejeden z kibiców wzruszy ramionami. I będzie mieć rację: efekt sportowy występu Lukasa Podolskiego po jednej, i Benjamina Mendy'ego po drugiej stronie barykady w potyczce na Arenie Zabrze był praktycznie żaden.

Odnotowujemy jednak ów fakt, bo to kolejne przełamywanie mentalnych granic. Przynajmniej dla mnie: kibica zakochującego się przed dekadami w futbolu dlatego, że na stadionie w bytomskiej dzielnicy Szombierki co dwa tygodnie z zapartym tchem oglądał za dziecka medalistów piłkarskiego mundialu z Hiszpanii'82, przyjeżdżających na ligowy mecz z Zielonymi. I nawet kiedy wiele lat później, już w dorosłym, zawodowym życiu, miałem okazję poznawać osobiście Józefa Młynarczyka, Pawła Janasa, Janusza Kupcewicza, Waldemara Matysika czy Grzegorza Latę, zawsze czułem ciarki na plecach i dziecięcą niemalże radość z otrzymania wyśnionej zabawki. Mam nadzieję, że i dziś ten efekt „łał” działa u kilku-, kilkunastolatków, prowadzonych na stadion przez tatę/starszego brata/dziadka, kiedy na wyciągnięcie ręki mają mistrza świata – żywego i prawdziwego, z krwi i kości, a nie plastikowego influencera z „tik-taka” czy innego „jutuba”.

Choć oczywiście wolałbym, aby akurat w meczu Górnika z Pogonią tymi bohaterami, których obecność odnotowujemy z pompą, byli na przykład Dominik Sarapata i Adrian Przyborek. I czekam już na moment, w którym kolejną mentalną barierę przełamią tym razem klubowi działacze, odrzucając perspektywę zarobienia kilku milionów euro „już” na rzecz zarobienia kilkunastu albo kilkudziesięciu „za moment” – za dwa-trzy sezony, gdy wychowani i wyszkoleni tu u nas piłkarze zdążą tutaj stać się idolami i zwielokrotnić swą wartość...

Materiał premium

Dalsza część jest dostępna dla subskrybentów

Odblokuj pełne wydanie i korzystaj bez ograniczeń. Czytaj ekskluzywne wywiady, analizy i felietony sportowe. Słuchaj podcastów oraz oglądaj materiały wideo.

Zobacz pakiety i odblokuj wydanie

Dostęp od 12,50 zł • BLIK / karta • Anulujesz online, kiedy chcesz

Masz już dostęp? Zaloguj się