„Mistrzostwa świata” imperialistów i faszystów
Czy to możliwe, żeby o najważniejszej piłkarskiej imprezie nie informować nawet słowem? W czasach stalinizmu wszystko było możliwe…
Czwarte mistrzostwa globu zostały zbojkotowane przez kraje demoludów. Fot. domena publiczna/Wikipedia
Zaczynamy na łamach „Sportu” nowy cykl – futbolowe mistrzostwa świata w oczach naszej gazety, która w tym roku skończy już 81 lat. Do letniego mundialu w Ameryce już wbrew pozorom niewiele czasu, to ledwie cztery miesiące! Czas przeleci bardzo szybko, tym bardziej że w marcu czekamy na baraże, na mecz Biało-czerwonych z Albanią, a potem na finał – wszyscy na to liczymy – ze zwycięzcą z pary Ukraina vs Szwecja. To przed nami, a teraz przyglądamy się temu, co za nami, czyli jak piłkarskie MŚ były relacjonowane przez naszą gazetę.
Pod sowieckim butem
Kiedy katowicki „Sport” powstawał, powstawała też nowa Polska, niestety pod sowieckim butem i komunistycznym dyktatem zaprzańców i zdrajców narodu. Z roku na rok było to coraz bardziej widoczne. Kiedy FIFA przyznała organizację IV Pucharu Rimeta, bo taką faktycznie nazwę miały wtedy futbolowe MŚ, od nazwiska wieloletniego szefa FIFA, to demoludy, czyli kraje bloku wschodniego, postanowiły wszystko zbojkotować i nie przystąpić w ogóle do eliminacji! Wyłamała się tylko Jugosławia, gdzie rządzący krajem Josip Broz Tito zaczął się dystansować od Józefa Stalina i ZSRS. Plavi – jako jedyna reprezentacja z tej części Europy zagrała w Brazylii, jak 20 lat wcześniej w Urugwaju podczas pierwszych MŚ.
Na Węgrzech, kraju wicemistrza świata z 1938 roku – gdzie w latach 40 i 50. była plejada znakomitych graczy światowego formatu – latem 1950, a więc kiedy odbywały się MŚ w Brazylii, najlepszych piłkarzy Ferencvarosu, klubu, któremu przypięto łatkę faszystowskiego, przeniesiono do wojskowego Honvedu Budapeszt. W ten sposób, z dnia na dzień, najbardziej utytułowany i popularny klub na Węgrzech stracił swoich czołowych zawodników, Sandora Kocsisa, Laszlo Budaia i Zoltana Czibora. Kocsis i Czibor grali później w Barcelonie. Cała trójka współtworzyła wspaniałą węgierską „Złotą jedenastkę”, która w listopadzie 1953 roku pobiła na Wembley Anglików 6:3, żeby potem w rewanżu u siebie wygrać aż 7:1, a na piątym mundialu w Szwajcarii wywalczyła „tylko” wicemistrzostwo świata, przegrywając w finale niespodziewanie z Niemcami.
W Polsce rozwiązano wtedy PZPN, a powołano Sekcję Piłki Nożnej jako społeczną organizację podlegającą Głównemu Komitetowi Kultury Fizycznej (GKKF). Zresztą sam „Sport” był sygnowany znakiem GKKF, co widać pod tytułem gazety z tamtych fatalnych lat.
Uchwała o samorozwiązaniu nie była samodzielną decyzją PZPN-u, a politycznym postanowieniem władz partyjno-państwowych PRL-u w szczytowym okresie stalinizmu w Polsce, czasie upodabniania wszelkich struktur państwowych do wzorców radzieckich
Piłką w kraju rządził Jerzy, a raczej Jurij Bordziłowski, radziecki generał, który w 1920 roku w wojnie polsko-bolszewickiej bił się oczywiście w Armii Czerwonej. Zresztą w tamtym czasie ministrem obrony PRL-u był inny sowiecki dowódca, marszałek Konstanty Rokossowski. Taka to była Polska…
Kiedy za Oceanem grano w piłkę, w kraju nad Wisłą wydawano seryjne wyroki śmierci na żołnierzy podziemia niepodległościowego, nasilano walkę z kościołem, a piłkarskie kluby pozmieniały – na modłę radziecką – nazwy. Krakowska Wisła stała się Gwardią, Cracovia i Polonia Bytom Ogniwem, Ruch Unią, Lechia Budowlanymi, Lech Kolejarzem, Zagłębie Sosnowiec Stalą, a ŁKS Włókniarzem…
Ani słowa o mistrzostwach!
Czy w tej sytuacji może dziwić, że kiedy turniej w Brazylii zaczynał się w sobotę 24 czerwca 1950 roku, to w „Sporcie” nie było o tym wzmianki?! W nr 16 z poniedziałku 26 czerwca tamtego roku, kiedy w Brazylii było już po pierwszych meczach, w których gospodarze pokonali w grupie 1 Meksyk 4:0, Jugosławia rozbiła Szwajcarię 3:0, a ówcześni mistrzowie olimpijscy Szwedzi pokonali Italię 3:2, nie było o tym słowa. Co zatem znalazło się na tytułowej stronie? Że Wacław Wójcik został szosowym mistrzem Polski, że w lidze nastąpiła zmiana na pozycji lidera (bo Unię Chorzów, czyli Ruch, po przegranej z Kolejarzem Warszawa, czyli Polonią, przeskoczyła Gwardia Kraków, a więc Wisła) czy o lekkoatletycznej rewii w Szczecinie, o który komunistyczne władze PRL musiały drżeć, bo jego status kilka lat po wojnie wcale nie był pewny.
Tito kontra Stalin. Polityka w grze
Nie było jednak tak, że o mistrzostwach czy Pucharze Rimeta nie pisano. Oto na początku lipca, kiedy kończył się faza grupowa, było wręcz oskarżenie, że w ostatnim meczu o wejście do fazy finałowej (znaleźli się w niej zwycięzcy czterech grupy – Brazylia, Hiszpania, Szwecja, Urugwaj) Jugosłowianie podłożyli się gospodarzom! „Nowy skandal w Rio de Janeiro” widnieje na pierwszej stronie w poniedziałek 10 lipca 1950 r.
Na stronie 5 można przeczytać artykuł pod znamiennym tytułem „Jugosławia sprzedała miejsce w finale”. Mistrzostwa świata są przy tym zaopatrzone cudzysłowem. Trzeba też pamiętać o kontekście. W 1948 roku doszło do poważnego rozłamu w komunistycznym świecie. Jugosławia szczęśliwie nie graniczyła z ZSRS, jak przykładowo Polska czy Czechosłowacja. Stalin dążył do całkowitej kontroli nad Jugosławią, lecz Tito, który samodzielnie wyzwolił kraj (przy ograniczonym wsparciu Armii Czerwonej), dążył do suwerenności. Konflikt doprowadził do nazwania Tito przez Moskwę „faszystą”.
Coś nam to przypomina? Lata mijają, a sowieckie myślenie nie… Tito odmówił podporządkowania się Stalinowi, co doprowadziło do usunięcia Jugosławii z Kominformu, niezależności kraju od bloku wschodniego i stworzenia „titoizmu” – niezależnego modelu komunizmu, który mógł się cieszyć ograniczonym wsparciem Zachodu.
W artykule czytamy: „Mistrzostwa świata” w piłkarstwie dostarczają niemal każdego dnia sensacji. Ale sensacji w tym najgorszym znaczeniu. Ci, którzy w Europie przewidywali sportowe fiasko imprezy brazylijskiej, mieli całkowitą rację. Nie przypuszczali jednak, że cały turniej z moralnego punktu widzenia nie będzie miał nic wspólnego z prawdziwym sportem i trudno dla niego o łagodniejsze określenie niż „światowe oszustwo”.
I dalej. „Najazd kaperujących „działaczy” jest tak duży, że trudno oprzeć się wrażeniu, że cała impreza właśnie po to została zorganizowana. Operują oni w propozycjach takimi metodami, że w kierownictwie drużyn przybyłych do Brazylii panuje wielki popłoch. Szwedzi nawet kilkakrotnie protestowali i prosili, aby od ich graczy o ile możności izolować nieproszonych opiekunów, a korespondenci szwedzcy, bawiący na turnieju w Brazylii, donoszą swym pismom w kraju, że ich drużyna „otoczona jest zgrają szpiegów”.
Mieli się ułożyć…
Uderzenie poszło jednak nie w kierunku działaczy, pieniędzy, komercjalizacji futbolu, a… zakulisowych gier i... zohydzenia Jugosławii. "Sport" pisał tak: "Teraz dopiero wyszły na jaw zakulisowe rozgrywki, od wyniku których zależał w poważnej mierze skład czwórki finalistów. W grupie pierwszej po remisowym meczu Brazylii ze Szwajcarią faworytem stała się Jugosławia, która Szwajcarię pokonała 3:0. Dla wielu znawców nie uległo wątpliwości, że w normalnych warunkach Jugosłowianie powinni odnieść zwycięstwo. I byłoby się tak zapewne stało, gdyby w Rio panowały normalne warunki. Wyeliminowanie Brazylii równałoby się katastrofie finansowej, z czego dokładnie zdawali sobie sprawę i gospodarze i tzw. komitet organizacyjny. Wiedzieli o tym również Jugosłowianie. Nic łatwiejszego więc jak ułożyć się za odpowiednim wynagrodzeniem z aranżerami mistrzostw i umożliwić Brazylii wejście do finału. Jakoż i Jugosłowianie przegrali 0:2.
Tegoż dnia (a było to 1 lipca 1950, Brazylia wygrała po bramkach Ademira na początku i Zizinho w drugiej części – przyp. red.), gdy w Rio odbywał się mecz, prowincjonalne dzienniki brazylijskie podały dokładny program dalszych występów reprezentacji jugosłowiańskiej, z którego wynikało, że w dwa dni po meczu z Brazylią rozpocznie ona tournée po prowincjonalnych ośrodkach piłkarskich. Wyszło przy tym na jaw, że Jugosłowianie z góry zrezygnowali z udziału w finałach, mając zapewnione sukcesy finansowej natury, dla nich o wiele bardziej wartościowe, niż sportowe. Brazylijczycy - tak to można rozumieć - kupili więc miejsce w puli finałowej. Transakcja była o tyle łatwiejsza do ubicia, iż kontrahentem byli Jugosłowianie, dobrze już wyszkoleni w oddawaniu najrozmaitszych usług swoim amerykańskim protektorom”. Tak „Sport” pisał w lipcu 1950 roku.
Maracanazo
A potem? W niedzielę, 16 lipca, miało miejsce było słynne Maracanazo, czyli porażka Brazylii z Urugwajem 1:2 i drugie mistrzostwo świata dla Urusów. Na kolejnym Pucharze Rimeta w Szwajcarii w 1954 roku „Sport” miał już własnego wysłannika.
Michał Zichlarz
Na początku lat 50. "Sport" był organem Głównego Komitetu Kultury Fizycznej.
Czwarty czempionat globu starano się zohydzić, jak to możliwe.
