Między ligą a orzełkiem

LIGOWIEC – Dariusz Leśnikowski

Pamiętacie giełdę nazwisk przed wrześniowo-październikową przerwą reprezentacyjną? Xavier Dziekoński? A może Bartosz Nowak? Na pewno Wojciech Mońka. I jeszcze obowiązkowo Karol Czubak... Kiedyś powiedzielibyśmy, że papier jest cierpliwy, wszystko przyjmie. W dzisiejszej rzeczywistości bezmiar śmietnika zwanego internetem też pozwala na plecenie dowolnych andronów. Plecenie bezkarne, skoro w trzeciej dekadzie XXI wieku nie istnieje już żadna odpowiedzialność za słowo, a pojęcie „wstydu” (za pisanie, wypowiadanie i powielanie głupot/kłamstw) jest już takim samym archaizmem, jak na przykład „wózkowanie” na określenie piłkarskiego dryblingu. Krótko mówiąc: „show must go on”, bo klikać się musi.

A mnie wciąż dźwięczą w uszach słowa Jana Urbana – zmuszany był do ich wypowiadania praktycznie przy każdych rozsyłanych do piłkarzy nominacjach – o tym, że poziom gwarantujący wyróżnianie się w ekstraklasie wcale nie jest równoznaczny z poziomem reprezentacyjnym, szerzej – międzynarodowym. Doskonale pokazują to dotychczasowe spotkania Lecha (zwłaszcza) w Lidze Europy. Mistrzom Polski marzyła się Champions League, do której drogę mieli – jak się wydawało – dużo łatwiejszą niż paru wcześniejszych polskich czempionów. Tymczasem w pucharze „drugiej kategorii” na razie zbierają – ze wspomnianym Bogu ducha winnym w całym tym przedreprezentacyjnym szumie Mońką lub bez niego – lanie za lanie. Od oglądania ich bezradności bolą oczy i zęby.

Dopiero na kanwie takich spotkań, jak czwartkowe z Bayerem, można zrozumieć, czemu kadra Lecha – najbardziej wartościowa w ekstraklasie – wyceniana jest na imponujące w polskich warunkach 57 mln euro, a przy tej z Leverkusen widnieje kwota dziewięciokrotnie większa. To oczywiście pokłosie decyzji UEFA sprzed 35 lat, tworzącej wówczas produkt pod nazwą „Liga Mistrzów”, który bogatym pozwolił stać się jeszcze bogatszymi, a całą resztę zepchnął w otchłań futbolowego przeciętniactwa. Oczywiście urodą piłki jest to, że w niej łatwiej niż w innych sportach zespołowych o pokonanie Goliata przez Dawida, ale tym bardziej dziś wciąż są to wypadki raczej sporadyczne.

Inna rzecz, że do tej ostatniej reguły PKO BP Ekstraklasa... zupełnie nie pasuje. Co prawda dziewięciokrotnej różnicy w wartości kadr w niej nie mamy, ale parokrotne – i owszem. Tyle że dużo częściej niż w innych ligach – zwłaszcza tych z TOP 5 – wcale nie oznacza to, że ci wyceniani dużo wyżej będą się dużo wyżej plasować. Drugi pod względem wyceny zawodników Widzew w tabeli ligowej jest dopiero 14., trzecia Jagiellonia – 12. (za to z serią czterech porażek ligowych z rzędu), a piąty Raków – ostatni! Za to ostatni w zestawieniu ekonomicznej wartości drużyny Piast nie tylko wyprzedza w tabeli trójkę owych wymienionych przed momentem krezusów, ale właśnie urwał punkty Górnikowi, finansowo stawianemu na poziomie Łodzian czy Białostoczan.

Taka nieobliczalność rozgrywek ligowych przysparza im widowiskowości i – generalnie – poprawia frekwencję na trybunach; wszak według sloganu „każdy może wygrać z każdym”. Zarazem niestety stwarza „ekspertom” pole do tego, by – pewnie niekoniecznie wyłącznie z powodów „ideowych” – pleść banialuki o wielkiej reprezentacyjnej sprawczości tego czy owego ligowca. Kochajmy Ekstraklasę, cieszmy się jej nieprzewidywalnością, ale bądźmy też realistami: dopiero przeskoczenie bariery intensywności i rywalizacji w znaczących ligach zachodnich jest – w pełni się z Urbanem zgadzam – przepustką do reprezentacji.



Materiał premium

Dalsza część jest dostępna dla subskrybentów

Odblokuj pełne wydanie i korzystaj bez ograniczeń. Czytaj ekskluzywne wywiady, analizy i felietony sportowe. Słuchaj podcastów oraz oglądaj materiały wideo.

Zobacz pakiety i odblokuj wydanie

Dostęp od 12,50 zł • BLIK / karta • Anulujesz online, kiedy chcesz

Masz już dostęp? Zaloguj się