Między błędem a obłędem

WYMIANA KOSZULEK - Wojciech Kuczok

Lewego łupie w krzyżu, więc nie przyjechał na kadrę - OK, występy reprezentacyjne psują mu statystyki i nastrój, a my się musimy uczyć grać bez niego. RL9 wykręca tej jesieni liczby jak za najlepszych czasów, idzie po snajperską koronę w La Liga i brakuje mu gola, by wedrzeć się do „klubu stu” w Lidze Mistrzów. Jeśli utrzyma formę do czerwca, a Barcelona sięgnie po jakieś trofeum, Lewandowski może jeszcze sprawić solidnego psikusa i odebrać za rok to, co mu się należało w roku pandemicznym. Anulowanie Złotej Piłki w 2020 było historycznym przekrętem, psiakrew, antypolskim - ale nasz snajper sam był sobie winien, bo jako mistrz i król strzelców Bundesligi, a także triumfator Champions League, nie pozostawił złudzeń innym kandydatom; gdyby istniał wtedy choć cień nadziei na statuetkę najlepszego piłkarza świata dla Mbappe czy innego Benzemy, plebiscyt na pewno odbyłby się jak co roku.

Owóż, w trosce o wizerunek Lewy ma prawo omijać mecze reprezentacyjne z ekipami od nas lepszymi - ja się nie pogniewam, spraw futbolowych nie postrzegam w kategoriach powinności obywatelskiej tudzież zdrady ojczyzny. Frustrujące mecze, w których nasz kapitan sterczy z przodu odcięty od podań, albo cofa na szóstkę, żeby szarpać się o piłkę w środku pola, mogą mu zaszkodzić jak benzyna wlana do diesla. Nie tylko pijarowo, bo jak się jest w gazie i wszystko wychodzi, nagłe sprowadzenie na ziemię wybija ze zwycięskiego rytmu, głowa podszeptuje ciału szpetne wątpliwości i coś się może zaciąć na stałe. „Jestem skutecznym liderem najlepszej drużyny świata” gryzie się z innym niezaprzeczalnym faktem: „Jestem bezradnym kapitanem reprezentacji piłkarskich miernot” - od takiej konfuzji się styki przepalają, w psychologii nazywa się to teorią podwójnego wiązania, mówiąc wprost, w najlepszym razie można się od tego zablokować, w najgorszym dostać ciężkiego pierdolca.

Robert Lewandowski powinien mieć nad sobą jednak rozpostarty parasol ochronny... Fot. Paweł Andrachiewicz/PressFocus

Niby futbol to nie skoki, tam jeden podmuch wiatru wystarczy, żeby słabszy psychicznie zawodnik stracił automatyzm, ale po tym wszystkim, co zrobił na chwałę naszej piłki, Robert Lewandowski powinien mieć nad sobą jednak rozpostarty parasol ochronny - nie należy mu robić niepotrzebnych przykrości. Niech sobie już gra wyłącznie na galowo, w eliminacjach mundialu będziemy najpewniej gościć ekipy o ograniczonych możliwościach i defensywnym rozchełstaniu.

Tymczasem w Barcelonie czego się nie tknie, zamienia w złoto, nawet jego nieuznane bramki są na językach całego świata i wywołują debaty zmierzające do kolejnej regulaminowej rewolucji. Gol Roberta zdobyty w ligowym meczu z Realem Sociedad uchroniłby Barcelonę przed niespodziewaną porażką, gdyby nie dogmat o nieomylności sztucznej inteligencji. Komputer wyrysował linię, poza którą wystawał czubek buta, sędzia ogłosił spalonego, a miliard ludzi od tej pory toczy spór o to, czy był to palec napastnika, obrońcy, czy może Palec Boży. Analiza dziesiątek kadrów wskazuje raczej na to, że się ejajowi stopy pomyliły, tak jak w wielokrotnie przywoływanym memie, w którym łysa pała sędziego liniowego pomyliła się kiedyś z piłką sztucznointeligentnej kamerze i widzowie zamiast meczu oglądali arbitra biegającego przy linii bocznej.

Dla Lewego to szkoda żadna, nawet jeśli został pozbawiony gola prawidłowo za najbardziej minimalny spalony w karierze, ale powinno się jednak pójść po rozum do głowy - jakaś strefa tolerancji powinna się tu znaleźć, abyśmy czynnik ludzki jednak brali pod uwagę; technologie przecież wciąż się doskonalą, za chwilę VAR będzie łapał spalone w mikrometrach, to jakiś obłęd. Z jednej strony nieludzkie oko VAR-u, z drugiej luki w regulaminie, które pozwalają na dyktowanie bez weryfikacji karnych z kapelusza, jak ten w ekstraklasowym meczu na szczycie, dzięki któremu Raków nie przegrał w Białymstoku. O kwestii interpretacji zagrań ręką w polu karnym już mi się nawet nie chce wspominać - tu wyłącznie widzimisię arbitra stanowi o ostatecznym werdykcie.

I oto pojawiła się niegłupia idea, aby przejść na system challenge’ów, znany choćby z siatkówki i tenisa. Trener może wnioskować o sprawdzenie spornej sytuacji, a kiedy dwukrotnie sędzia się wybroni z decyzji, prawo do weryfikacji zostaje utracone. Dzięki temu mniej będzie przestojów w grze, ale nade wszystko sędzia będzie zobligowany do weryfikacji VAR na żądanie coacha. Wiele ewidentnych baboli sędziowskich wynika przecież nadal z nadmiernej pewności siebie, by nie rzec arogancji, kiedy panowie z gwizdkiem nie uznają za stosowne sprawdzić swoich decyzji. Powiada się, że piłka to gra błędów (polska piłka na pewno), ale niekoniecznie chcemy, aby pozostała grą błędów sędziowskich.