Mateusz, ty nie masz nawet na pociąg
Beznadziejna sytuacja, przemocowy ojciec, brak pieniędzy, przeciętne występy w ekstraklasie... A mimo to o Mateuszu Żukowskim mówi dziś cała piłkarska Polska, w tle zaś widnieje reprezentacja Jana Urbana. Jaka jest historia napastnika z Lęborka?
Najlepszy mecz w karierze? Mateusz Żukowski w wyjazdowym meczu z Greuther Fuerth wpakował hat tricka! Fot. Imago/Press Focus
To był piątek. 23 listopada 2001 roku w pomorskim Lęborku urodził się piłkarz, którego kariera pędzi dziś jak Ferrari. Mało kto spodziewał się, że Mateusz Żukowski wejdzie do Magdeburga z drzwiami i framugą. Okej, to „tylko” 16. zespół 2. Bundesligi, ale bilans 11 goli w 11 występach, walka o koronę króla strzelców, wszystko po kilkumiesięcznej kontuzji i oczekiwaniu na debiut – to imponujące. A trzeba wiedzieć, że Żukowski nie miał życia usłanego różami. Powiedzieć, że w domu miał ciężko... to spory eufemizm.
Bieda totalna
– Miałem z nim do czynienia od pierwszej klasy i od razu widziałem, że ma duży talent, ale sytuację rodzinną... miał beznadziejną – mówi nam Andrzej Małecki, postać doskonale w Lęborku znana, która w tamtejszej Pogoni grała, trenowała, uczyła. Dziś jest już na emeryturze, ale to właśnie pan Andrzej był pierwszym trenerem Żukowskiego, który – jak słyszeliśmy na Pomorzu – był dla piłkarza także drugim ojcem. Tego faktycznego... Mateusz tak naprawdę nie miał. – Był bardzo za matką, a do ojca miał żal. Bił ją – opowiada Małecki i choć może nie są to najpowszechniejsze informacje, to nie są też owiane tajemnicą. Żukowski kilka lat temu sam opowiadał o swoim dzieciństwie na antenach Radia Gdańsk. – W domu było ciężko. Z tatą miałem różne... perypetie. Do tej pory z nim nie rozmawiam. To była bardzo trudna relacja. Bił moją mamę. Jest po czterech operacjach. Nie lubię do tego wracać, mama często to robi i zaczyna płakać. Staram się ją wyciągać z tego, żeby już nie wracała. Mam też dwóch braci, którzy przez ojca zboczyli z toru, zeszli na złą drogę. Staram się im pomagać, żeby wrócili na dobrą. Mój tata nie jest ich ojcem. Oni mieli ciężej ode mnie i siostry, traktował ich inaczej. To siedzi na psychice i nie jest takie „hop-siup”, żeby od razu to zmienić – mówił w 2021 roku, a ostatnie zdanie można także przyłożyć do jego osoby. – To wpłynęło na jego psychikę. Oglądał dużo żółtych kartek, bo każde bardziej zdecydowane wejście rywala wywoływało reakcję. Czasami więc trenerzy go zdejmowali w obawie, że przy jego temperamencie zobaczy czerwoną kartkę – wspomina Małecki.
Sytuacja finansowa Żukowskiego także była daleka od ideału. – Bieda totalna. Ja czy nawet moi rodzice kupowaliśmy mu buty, dawaliśmy na obóz, bo inaczej w ogóle by nie grał w piłkę – zdradza Małecki, zresztą wspomniał o tym także Mateusz. – Nieraz mama nie miała mi jak dać na obóz. Trener Małecki rozmawiał z rodzicami innych zawodników w mojej grupie. Składali się na to, żebym mógł pojechać – przyznał szczerze 24-letni dziś zawodnik. O tym, że się nie przelewało, świadczy fakt, że jego matka dostała w pewnym momencie nakaz eksmisji. Zalegała z czynszem. – To było chyba 35 tysięcy złotych. Mateusz miał już zarobione jakieś pieniądze, zobowiązał się, że to spłaci i rzeczywiście to zrobił. Burmistrz budował miejskie lokale, a skoro mama była na zero, to otrzymała nowe mieszkanie – wspomina Małecki.
Akceleracja rozwojowa
Emerytowany trener prowadził Żukowskiego od pierwszej klasy. Chłopak chodził do klasy o profilu piłkarskim w lęborskiej szkole podstawowej nr 3, więc prócz kilku treningów w tygodniu miał też zwiększoną liczbę WF-u. Małecki pilnował go, żeby nie zawalił żadnej klasy, bo wtedy pojawiłyby się komplikacje. – Nie miał sentymentu do nauki (śmiech). Czasami musiałem go odpytywać z niektórych rzeczy po pięć razy – śmieje się po latach pan Andrzej. Z czasem założył Uczniowski Klub Sportowy Trójka Lębork, z którym rywalizował z najlepszymi klubami Pomorza. Potem doszło do fuzji z tamtejszą Pogonią, pod herb której trafił cały zespół, razem z wyróżniającym się Żukowskim. – Często zostawał po treningu, bo chciał sobie jeszcze coś dopracować. Od małego był ukierunkowany na piłkę. Nie miał zbyt dobrych warunków fizycznych. Mateusz był niski, krępy, silny na nogach, miał potężne uderzenie. To jednak normalne, że dzieci, które mają dłuższy okres dojrzewania, potem rosną i przerastają pozostałych. To tak zwana akceleracja rozwojowa – wyjaśnia Małecki na przykładzie zawodnika, który dzisiaj mierzy przecież... 185 cm.
Legia się oburzyła
Co kluczowe w tej historii, od małego Żukowski był napastnikiem – a nie graczem z flanki, jak kojarzymy go z ekstraklasy. Strzelał mnóstwo goli, więc sieci zarzucać próbowały na niego większe kluby. Dużą rolę odegrała tu mama, która wolała, aby syn szkolił się w Lęborku. Na mecze Pogoni przyjeżdżał skaut Legii, który próbował zwerbować Mateusza i wiele wskazywało na to, że trafi właśnie do Warszawy. Pojechał tam na dwutygodniowe testy i został zaopiniowany pozytywnie. – Powiedzieli mu, że ma się jakiś czas później zgłosić na okres przygotowawczy. Tyle że oni się w ogóle nie odezwali. „Mateusz, nikt ze mną nie rozmawiał, a ty nawet nie masz na pociąg”, mówiłem. W międzyczasie zadzwoniła Lechia Gdańsk. Zawiozłem go tam razem z dwoma innymi chłopakami. Pokazali swoją bursę, a tam... ciemno, półmrok w pokojach, nie ma telewizji... Ci z dobrych, bogatych domów, powątpiewali, ale Mateusz został. Potem nagle zadzwonili do mnie z Legii, pytając, gdzie Mateusz? Oburzyli się, gdy im powiedziałem, że wybrał Lechię. „Panowie, wy nie znacie sytuacji dzieciaka?”. Kompletnie się nie zainteresowali. Myśleli, że skoro zgłasza się Legia, to wszyscy wszystko zostawią i tam pojadą. Tylko rzucili telefonem. Często bywa tak, że rodzice pompują wielkie pieniądze, żeby dziecko się gdzieś dostało. Tu było inaczej. Mateusza nie było na nic stać, a Lechia zachowała się bardzo w porządku. Przyjechali do mnie do domu, porozmawialiśmy, klub o wszystko zadbał. Odpowiadał wtedy za te rzeczy Marek Jóźwiak, podszedł do sprawy bardzo profesjonalnie – wspomina Andrzej Małecki.
Debiut w roli rezerwowego w meczu z Pogonią Szczecin. Kilka dni później zadebiutuje już na boisku, przeciwko Sandecji. Fot. Piotr Matusewicz/Press Focus
Konflikt o kontrakt
Do Gdańska Żukowski przeniósł się w wieku 14 lat i bardzo szybko zadebiutował w ekstraklasie, bo miesiąc po swoich 16. urodzinach – 16 grudnia 2017 roku w meczu z Sandecją Nowy Sącz. W doliczonym czasie zmienił Marco Paixao, a w Lechii grali wtedy m.in. Sławomir Peszko, Jakub Wawrzyniak, Duszan Kuciak czy Grzegorz Wojtkowiak. Żukowski był w tamtej chwili najmłodszym ekstraklasowym debiutantem w XXI wieku, dopiero kilka lat później pobił go Igor Pieprzyca z Puszczy Niepołomice. Piłkarz z Lęborka długo jednak czekał, aby stać się podstawowym (albo i jakimkolwiek) wyborem lechistów. Po drodze zaliczył – nieudane – wypożyczenie do Chojniczanki, w sezonie 2020/21 był tylko rezerwowym, a do składu wskoczył dopiero jesienią 2021, grając głównie jako prawy obrońca. – W genach miał strzelanie goli. W Lechii był jednak wtedy Flavio Paixao, legenda klubu, a także Łukasz Zwoliński. Mateusz nabrał doświadczenia na różnych pozycjach, ale to jest napastnik. Tam czuje się najlepiej – przekonuje Małecki. Pół roku dobrych występów, gdy Gdańszczanie byli w czubie tabeli, wystarczyło na przenosiny do szkockiego giganta, Rangers FC. Nie był to jednak zwyczajny transfer, bo w tle jednak widniał brak porozumienia w sprawie przedłużenia umowy.
– Jego menedżerowie uzgodnili z prezesem Lechii kwotę kontraktu. Natomiast gdy zbliżał się początek rundy wiosennej, prezes dzwonił do Mateusza, pomijając menedżerów, mówiąc, że te kwoty są jednak za wysokie i chce z nim jeszcze raz to omówić. Mateusz nie chciał rozmawiać z pominięciem agentów, bo on się tym nie zajmuje. Na bazie nowej umowy doszło więc do konfliktu. Im bliżej było wyjazdu na zgrupowanie do Turcji, to ponaglał go już nawet trener (Tomasz Kaczmarek – przyp. red.), bo bez podpisania kontraktu, nie pojechałby na obóz. No i... Mateusz został w Gdańsku – opisuje kulisy Andrzej Małecki. Sytuację wykorzystali Rangersi, ale dla Żukowskiego była to zbyt głęboka woda, choć realia w Glasgow robiły na nim ogromne wrażenie. – Ustawiali go na prawej obronie, gdzie występował kapitan (James Tavernier, dziś ma w klubie 557 meczów i nadal gra – przyp. red.), który notował dużo asyst, strzelał gole. Było bardzo ciężko. Mateusz nie lubi siedzieć na ławce, więc już latem trafił do Lecha Poznań – mówi pierwszy trener Żukowskiego. Lęborczanin zagrał w Szkocji tylko jeden mecz.
Niespecjalnie sobie radził
Wypożyczenie do Kolejorza również mu nie wyszło. Przypięto mu negatywną łatkę, na boisku pojawił się trzykrotnie, notując w sumie 69 minut. Częściej grał w rezerwach, choć też nie zawsze, ale... sprawa ma drugie dno, o którym mało kto wie. Żukowski miał wówczas pewne problemy zdrowotne, musiał przejść operację, wskutek czego nie mógł dojść do odpowiedniej formy. Zatracił szybkość i dynamikę. Po sezonie Rangersi definitywnie z niego zrezygnowali, a on podpisał kontrakt ze Śląskiem Wrocław – problemy zdrowotne mając już za sobą. – Trener Jacek Magiera go odbudował. Mateusz wspominał, że to bardzo dobry człowiek, dużo z nim rozmawiał. Znali się też z młodzieżowych reprezentacji. Postawił na niego, ale znowu grał na boku, bo w Śląsku był Erik Exposito – mówi Małecki.
Paradoksalnie od momentu debiutu w najwyższej lidze – który miał miejsce relatywnie bardzo dawno – Żukowski wielkiego wrażenia w ekstraklasie nie zrobił. Jego bilans to 105 występów, ledwie 5 goli i 6 asyst. Gdy Wrocławianie rok temu spadli z ligi, wydawało się, że Mateusz zostanie na zapleczu. – W ekstraklasie nie grał w ataku, może pojedyncze mecze. Proces szkolenia w juniorach przeszedł na szpicy, gdzie strzelał dużo goli. Jednak w seniorach grywał jako skrzydłowy, wahadłowy, nawet boczny obrońca. Zawsze był bardzo silny na nogach, szybki, a jego walory motoryczne chwalono nawet, kiedy był w Szkocji. Natomiast pod względem czysto piłkarskim... jakoś specjalnie sobie nie radził. Nie potrafił przełożyć potencjału motorycznego na jakość w grze. Nie spodziewałem się, że może tak regularnie strzelać gole, skoro nie robił tego wcześniej – przyznaje nam Rafał Dębiński z Canal+ Sport, który skomentował niejeden jego mecz w elicie.
Konczkowski widział potencjał
Po spadku Żukowski zagrał w meczu 1. kolejki, 18 lipca z Wieczystą Kraków – ale nie dokończył go. Diagnoza: złamanie piątej kości śródstopia i wielotygodniowa przerwa. Tym większym zaskoczeniem było to, że na transfer definitywny kontuzjowanego zawodnika zdecydował się... drugoligowy niemiecki Magdeburg. I to jeszcze zawodnika z polskiego zaplecza! Gotowy do gry w zupełnie nowym miejscu był dopiero po listopadowej przerwie reprezentacyjnej, a gdy zaczął strzelać jak natchniony, wszyscy przecierali oczy ze zdumienia. Chociaż... czy na pewno wszyscy? – Przyznam szczerze, że nie jestem w stu procentach zaskoczony – uśmiecha się Martin Konczkowski, obrońca Ruchu Chorzów, który zna Żukowskiego z czasów gry w Śląsku. Na meczach nieraz stanowili o obsadzie prawej flanki WKS-u, a na treningach... – Na treningach często było tak, że ja byłem prawym obrońcą, a on był ustawiany jako lewoskrzydłowy, więc graliśmy na siebie. Były to dla mnie bardzo trudne pojedynki, szczególnie przy jego sile i szybkości. Wszyscy w szatni widzieliśmy, że tam jest bardzo duży potencjał. To, jak prezentował się na treningach, a jak potem w meczu – to nie było to samo. Może po prostu potrzebował zmiany otoczenia, innego bodźca, zmiany kraju. I odpalił. We Wrocławiu wszyscy widzieliśmy ten potencjał – zdradza nam „Konczi”.
W meczu z Wieczystą nikt nie przypuszczał, że Mateusz... zaraz dozna kontuzji i jeszcze w trakcie leczenia dokona się jego transfer do Niemiec. Fot. Gleb Soboliev/Press Focus
Afera czajnikowa
– Duży wpływ ma na niego żona – zaznacza zdecydowanie Andrzej Małecki. – Jest bardzo zakochany, a po każdej bramce pokazuje jej serduszko. Pytałem go kiedyś, czy ma żal do trenera z Lecha, Johna van den Broma, a on mi mówi: „nie, trenerze, bo wtedy nie poznałbym swojej żony!” – uśmiecha się emerytowany trener. Życiową partnerką Żukowskiego jest internetowa influencerka Ola Mizgalska – dziś już Żukowska. Para wzięła ślub rok temu pod Warszawą, w iście zimowej scenerii inspirowanej baśniami Disneya. Nie zawsze jednak młodych... kojarzono tak cukierkowo. Chyba najgłośniej może nie o samym Mateuszu, ale jego partnerce było jesienią 2023, krótko po transferze do Wrocławia. Po słabszym okresie Żukowski jeszcze nie przekonywał swoją grą, a jakby tego było mało, hitem social mediów okazał się filmik z (wtedy jeszcze) Mizgalską, która na transmisji live wygrzebywała łyżką... kamień z czajnika, potem próbując go zjeść. Powstrzymała ją interwencja Mateusza, choć dziewczyna... i tak oblizała umorusany palec.
Sprawę skomentował nawet ówczesny dyrektor sportowy Śląska, lubiący błysk fleszy David Balda, pisząc na portalu X: – Drodzy kibice, zauważyłem, że w ostatnich godzinach bardzo mocno hejtujecie Mateusza Żukowskiego, wchodząc mocno w jego prywatną sferę... Bardzo was proszę o rozwagę, bowiem takimi wpisami możecie wpłynąć nie tylko na zawodnika, ale także na cały zespół Śląska, a tego na pewno nie chcemy – brzmiały jego słowa, a dodał potem jeszcze, że razem z piłkarzem „wyjaśnią sobie pewne kwestie”. Żukowski potem złapał odpowiednią dyspozycję, a feralną aferę czajnikową skomentował ostatnio w Kanale Sportowym. – Nie chciałbym do tego wracać. Zdaję sobie sprawę, że to będzie się za nami ciągnąć. Moja żona jest wspaniałą kobietą, która mnie wspiera i gdyby nie ona, nie byłoby mnie tu, gdzie jestem. Wiele jej zawdzięczam. A tamta rzecz? Są ludzie, którzy będą oceniać przez jeden filmik. Życzę wszystkich takiej żony, jaką ja mam – wyjaśnił w zeszłym miesiącu Żukowski.
Król strzelców? Duże szanse
Wracając do liczb – Mateusz w ekstraklasie zdobył 6 bramek i 5 asyst w 105 występach, a w 11 meczach 2. Bundesligi... ma już 11 goli i 2 asysty. Jak to możliwe? – Niemcy zaryzykowali, kupili kontuzjowanego zawodnika, ale dostał szansę na wyższym poziomie. Tak jak gra teraz, prezentował się również w juniorach. Znowu występuje jako napastnik, jest głodny bramek, gra go cieszy. Kiedy szedł tam na transfer definitywny, też lekko powątpiewałem, czy sobie tam poradzi – ale byłem w błędzie – bije się w pierś Małecki. O dokładniejszą analizę poprosiliśmy najlepszego eksperta niemieckiego futbolu w naszym kraju, czyli komentatora Tomasza Urbana.
– Trafił do klubu, w którym – mimo miejsca w tabeli – wciąż jest dużo jakości. Ma wokół siebie kreatorów, którzy wiedzą, jak mu zagrać piłkę. Mocno korzysta na współpracy z Barisem Atikiem, który według mnie jest jednym z najlepszych ofensywnych pomocników w lidze. Dobre podania dostaje też od Laurina Ulricha ze środka pola. Oni doskonale wiedzą, jakie piłki mu zagrywać. Żukowski gra na „dziewiątce”, ale otrzymuje przede wszystkim podania przodem do bramki. Nie funkcjonuje jako „kotwica” stojąca tyłem do bramki, przyjmująca futbolówkę pod presją przeciwnika na plecach. Raczej dostaje zagrania na wolną przestrzeń. Ma też soczyste uderzenie, co pokazał ostatnio w meczu z Schalke. To wszystko się fajnie zazębia, tym bardziej że Magdeburg miał w ataku duże deficyty. Przed sezonem stracił swojego najlepszego napastnika Martijna Kaarsa, który odszedł do St Pauli, a Alexander Ahl-Holmstroem, który miał go zastąpić, nie spełnił oczekiwań. Oni od początku stwarzali dużo sytuacji, ale ich nie wykorzystywali. Teraz mają wreszcie kogoś, kto to robi, a liczby, jakie osiąga, są niewiarygodne. Jak żre, to żre – przekonuje Urban. A jak widzi szanse Żukowskiego na koronę króla strzelców (do lidera traci 2 bramki) i ewentualny transfer wyżej?
– Szanse na koronę króla strzelców oceniam wysoko. W klubie nie ma konkurencji, Magdeburg – mimo że osiąga różne wyniki – kreuje sporo okazji. Jest wesoły zarówno pod bramką przeciwnika, jak i... pod swoją. Okazji na gole nie zabraknie, a czym to będzie skutkować po sezonie? Trudno powiedzieć. Jest „dziewiątką”, ale grającą głównie przodem do bramki, która będzie sprofilowana dla drużyn grających z kontry, bazujących na szybkich fazach przejściowych. Może Mainz? Ciężko wróżyć z fusów, ale jeśli utrzyma skuteczność, może być królem strzelców i ktoś może się po niego zgłosić. 1. Bundesliga jest realna. Sądzę, że to może być jego pierwszy i ostatni sezon w Magdeburgu – obstawia nasz ekspert.
Żukowski ze swoją przyszłą żoną, Olą Mizgalską, i medalem za wicemistrzostwo Polski ze Śląskiem. Fot. Instagram
Wyczyszczona głowa
To, jak w ostatnich nawet nie miesiącach, lecz tygodniach wystrzelił Żukowski, jest jedną z największych polskich niespodzianek piłkarskich w ostatnim (a może nawet i nieco dalszym) czasie. – Może kiedyś miał różne sprawy z tyłu głowy, ale teraz wszystko ma wyczyszczone. Dobrze mu się powodzi, jest skoncentrowany na grze i oby tak dalej – mówi Małecki. Tak skutecznego napastnika w Polsce obecnie nie ma, więc rodzi się też inne pytanie... – Gra w 2. Bundeslidze nie dyskwalifikuje go, aby był powołany do kadry, nawet w najbliższym okresie. W reprezentacji grali różni piłkarze – zaznacza szkoleniowiec z Lęborka. Lobbować za postacią Żukowskiego pod skrzydłami Jana Urbana zaczynają też czołowi komentatorzy gry reprezentacji. – Trzeba korzystać z dobrych momentów każdego zawodnika. Jan Urban na pewno zdaje sobie z tego sprawę. Żukowski mógłby sprawdzić się w roli dżokera wchodzącego z ławki. W takiej roli możemy go zobaczyć – stwierdził niedawno w Kanale Sportowym Mateusz Borek.
Czy Żukowski do kadry trafi, czy nie – jego kariera to i tak istny rollercoaster. Jego historia zaś – może inspirować. Żukowski miał trudne dzieciństwo, w ekstraklasie wcale nie był postacią pierwszoplanową, zaliczył nieudane epizody w Szkocji i Poznaniu, był kontuzjowany... ale to on – daj Boże – może wkrótce reprezentować Polskę na mistrzostwach świata w Ameryce. Nie każdy ma w życiu łatwo, ale każdy może dostać swoją szansę.
Piotr Tubacki
