Marazm po tysku
KOMENTARZ „SPORTU” - Mariusz Rajek
Minęła ponad połowa sezonu i… znów oba te kluby stworzyły kapitalne widowisko, znów podzieliły się punktami, ale tym razem goli było trzy razy więcej (3:3). Kibiców było kilkadziesiąt razy mniej, ale tak wygląda niemal każdy mecz klubu, który jest fanaberią Wojciecha Kwietnia, na obiekcie w Sosnowcu. Gdyby o zainteresowaniu klubem decydowały względy czysto sportowe z pewnością byłoby inaczej, bo mecze Wieczystej są niemal gwarantem dobrego widowiska, ale jak doskonale wiemy – nie decydują. Śląsk na razie w szóstce jest, Wieczysta minimalnie pod nią.
Niesamowicie ciekawe jest to nasze zaplecze, wątków w każdej serii gier jest tyle, że nie wiadomo. na którym się skupić. Wybieram zatem GKS Tychy, którego na razie nie zbawił Łukasz Piszczek, podobnie jak blisko dziesięć lat temu Rakowa w starciu z tyszanami nie zbawiła bramka Adama – nomen omen – Mesjasza (ustalił wynik meczu przegranego przez częstochowian 1:8). W tamtym sezonie GKS awansował do I ligi, częstochowianie musieli jeszcze rok poczekać, ale to Raków od tamtego czasu zdążył zrobić dwa awanse, sięgnąć po tytuł mistrza Polski, dokładając do tego trzy wicemistrzostwa, Puchary i Superpuchary Polski czy regularną grę w Europie.
Dziesięć lat w piłce to wieczność, a w Tychach przez tę dekadę zmieniło się bardzo niewiele. Cały czas jest w I lidze, zdarzało się, że w czołówce, ale w tym może wrócić tam, gdzie wygrywał z Rakowem, czyli do drugiej ligi. Czy Piszczek to uratuje? Na razie mam wątpliwości...
