Mamy spore rezerwy
Rozmowa z Martinem Konczkowskim, obrońcą Ruchu Chorzów.
Pod nieobecność pozostałych kapitanów, w poprzedniej kolejce Martin Konczkowski wyprowadził chorzowian z opaską na ramieniu. Fot. Sebastian Sienkiewicz/Press Focus
Wciąż żywa w pamięci jest ostatnia porażka 1:2 ze Zniczem. Uczulaliście się na to, że przyjeżdża ostatnia wówczas drużyna, najgorszy atak i najgorsza obrona ligi?
– Oczywiście. Wiedzieliśmy, że przyjazd zespołu z ostatniego miejsca nie oznacza spacerku. Nie ma łatwych spotkań. Czasami bywa, że gra się z rywalem ze szczytu, a mecz układa się tak, że wygląda na lekkie zwycięstwo. Rywale z dołu tabeli przyjeżdżając tu nie mają nic do stracenia. Było to widać – zaangażowanie i agresję, których u nas zabrakło.
Zabrakło też 9 piłkarzy, pole manewru z ławki było ograniczone. Na ile bieżąca sytuacja kadrowa jest dla was problemem?
– Od jakiegoś czasu mamy sporo nieobecnych. Ze Zniczem doszło jeszcze dwóch zawodników pauzujących za kartki. To na pewno minus, są mniejsze możliwości, jeśli chodzi o zmiany czy wyjściowy skład. Kadra jest jednak wystarczająco szeroka. Myślę, że każdy, kto znajduje się w tej szatni, nie jest tam przypadkowo i wie, w jakim miejscu jest. Niektórzy może przedwcześnie dostają szansę i muszą ją wtedy wykorzystać.
Na półmetku sezonu znaleźliście się na 9. miejscu. To dobrze czy źle?
– Prawdę powiedziawszy z perspektywy początku tej rundy, gdyby ktoś powiedział, że będziemy teraz tuż za miejscem barażowym, to jest całkiem nieźle. Patrząc jednak w jakim jesteśmy klubie, nie możemy być zadowoleni.
Ile jeszcze macie zapasu, żebyśmy mogli obejrzeć 100 procent potencjału Ruchu?
– Myślę, że zapasu jest sporo. Trener przyszedł w trakcie rundy i mówił, że to nie dzieje się z tygodnia na tydzień. Po pierwszym jego meczu, falstarcie z Pogonią Siedlce, małymi kroczkami szliśmy do przodu, jeśli chodzi o punkty i grę. Mam nadzieję, że porażka ze Zniczem to wypadek przy pracy. Najważniejsze, aby pojawiał się progres. Jeśli zaś chodzi o wspomniane rezerwy – jak mówię, są spore.
Pogoda na Śląsku jest ostatnio mało piłkarska. Przed Zniczem murawa Stadionu Śląskiego musiała być odśnieżana. Możliwe, że teraz będzie podobnie, więc... jak się na niej grało?
– Prawda jest taka, że murawa była taka sama dla obu stron. Może byliśmy częściej przy piłce, chcieliśmy nią pograć, ale to nie było takie łatwe. Nie jest to jednak usprawiedliwienie. Było wiele rzeczy, które powinny być na dużo wyższym poziomie.
Ze Zniczem trzeci występ ligowy zaliczył Mateusz Rosół, a zadebiutował Kacper Dyduch. Czuje pan dodatkową odpowiedzialność, by pomóc młodym wejść do drużyny?
– Na pewno to pozytyw. Jest kilku ciekawych zawodników w klubie i dla nich każda minuta to bezcenne doświadczenie. Wiele zależy od nich, co z tym zrobią i jak to wykorzystają. My, w szatni i klubie, jesteśmy po to, aby im pomóc.
Końcówka roku to mecz u siebie z Puszczą i na wyjeździe z Górnikiem Łęczna.
– Najważniejszy w tej chwili jest mecz sobotni. Musimy celować w zwycięstwo i to nie podlega dyskusji.
Rozmawiał Piotr Tubacki
CZĘŚĆ JUŻ PRZELALI
Jak pisaliśmy nieraz, Ruch czeka na obiecane przez właścicieli pieniądze. Chodzi o 7 mln zł, które teraz skurczyło się do 5,5 mln zł. Dwóch akcjonariuszy prywatnych, Aleksander Kurczyk i Zdzisław Bik, zgodnie z wcześniejszymi ustaleniami udzieliło klubowi pożyczki w wysokości 1,5 mln zł. Więcej może (ale nie musi) wyjaśnić się na walnym zgromadzeniu akcjonariuszy, które zostało zwołane na 19 grudnia. Nie jest ono jednak „nadzwyczajne”, bo to standardowa formuła podsumowująca rok.
(PTub)
