Mam mieszanie uczucia
Rozmowa z Piotrem Piekarczykiem, legendą GKS Katowice, byłym zawodnikiem szwedzkiego GAIS Goeteborg
Piotr Piekarczyk ma w CV grę na szwedzkich boiskach. Fot. Rafał Rusek/PressFocus
- Kiedy to było! Stare dzieje…
To był dobry czas szwedzkiego futbolu. Euro 1992 w ich kraju i półfinał, trzecie miejsce na świecie w 1994. W czasie kiedy pan tam grał, to rządził IFK Goeteborg?
- Było wtedy IFK i Malmoe. To w tamtym czasie były kluby profesjonalne i dominowały pod względem finansowym. Potem doszło Oerebro, jeszcze może Norrkoeping. To były najbogatsze kluby.
Jakie warunki mieliście w GAIS?
- W Polsce, jak pamiętamy, był to czas przełomu. Wcześniej 1000 czy 2000 dolarów to były ogromne sumy, ale jak już przyjechałem tam, a potem wracałem w grudniu 1991, to się trochę zmieniło. Dolarowe przeliczniki nie były takie, jak wcześniej. Jak wróciłem z tymi oszczędnościami plus to, co miałem z gry w polskiej lidze, to praktycznie poszło na wykończenie domu. Gdyby to było wcześniej, mógłbym wszystko ulokować w PKO i żyć z procentów, ale jak wracałem, to już był inny czas. Transformacja nie była na moją finansową korzyść. Jasne, gdybym zainwestował inaczej, kupując przykładowo mieszkania czy ziemię, kiedy ceny nie były jeszcze wygórowane, to człowiek by zyskał, ale głowy do interesów nie miałem.
A jak to sportowo wyglądało w Szwecji?
- Dominowały dwa czy trzy kluby. Przede wszystkim w pucharowych rozgrywkach w Europie liczyły się właśnie IFK i Malmoe. Reszta to amatorzy. Nawet mój klub można było zaliczyć do tej kategorii. Byłem tam ja, był Anglik z trzeciej ligi, był jeszcze Rosjanin. My byliśmy zawodowcami, a reszta chłopaków – też się tak zdarzało – w uniformach przyjeżdżała na trening. Kto miał jakieś wykształcenie, to pracował jako urzędnik, w ubezpieczalni czy w salonie. Była pomoc przy zatrudnieniu ze strony sponsorów klubu, bo z pracą różnie bywało, choć jak to w Szwecji socjal był tam na wysokim poziomie.
A poziom ligi?
- Taktyka była taka: przyjąć i długa laga do przodu. Wszystko polegało na szybkim przeniesieniu gry pod bramkę przeciwnika i tam walka, pressing. Próbowałem na początku pogrywać od tyłu, ale dostałem opiernicz i się skończyło, choć na początku miałem dobre notowania.
Może szkoda że nie został pan w GAIS dłużej, bo trafiła tam zaraz po panu, w 1992 roku, legenda nie tylko szwedzkiego futbolu...
- Chodzi o obrońcę Liverpoolu, Glenna Hysena. Świetny stoper reprezentacji Szwecji. To był już schyłek jego kariery. Trafił na moje miejsce, dlatego nie bardzo chciano wtedy przedłużyć ze mną umowę. Na dobre im to jednak nie wyszło, wyjechałem na przełomie lat 1991-92, a oni potem spadli.
Z samego wyjazdu i gry w Szwecji był pan zadowolony?
- To był taki wyjazd... na emeryturę. Wiadomo jaki był wtedy przelicznik marki czy dolara, ale po transformacji to się zmieniło. Wcześniej, w latach 80. jak się zarobiło 50 marek czy dolarów, to była górnicza wypłata.
Gramy ze Szwecją o mundial - jak będzie?
- Mam mieszane uczucia. Można powiedzieć, że uciekliśmy ze stryczka w meczu z Albanią, a to rywale mogą sobie pluć w brodę. Mieli przecież znakomite dwie sytuacje przy prowadzeniu 1:0 i potem kiedy było 1:1. My nie wypracowaliśmy sobie tak korzystnych okazji jak oni. Szczęście było po naszej stronie.
To wystarczy na wtorek?
- Mamy szczęście do Szwedów, bo przecież w barażu o ostatnie mistrzostwa świata ich pokonaliśmy, a ja nie potrafiłem uwierzyć, że grają tak słabo. Mamy też dobre doświadczenia z finałów baraży, bo przecież w ten sposób awansowaliśmy na ostatnie Euro. Z drugiej strony po czwartkowych meczach i ich wygranej z Ukrainą, to psychologicznie do przodu są Szwedzi.
Ze szkoleniowego punktu widzenia jak powinniśmy zagrać?
- Nie liczy się styl gry, a wyłącznie wynik. Taki podstawowy i najważniejszy aspekt, to będzie poukładanie wszystkiego w defensywie. Po meczu z Albanią nie ma pewności, że jest ona monolitem. Bardziej trzeba się nastawić na grę z tyłu i na kontrę, tym bardziej że Szwedzi presję – nawet grając u siebie – będą mieli. Ich kibice na pewno mają swoje oczekiwania. To może być mecz szachów, w którym o wszystkim zdecyduje jedna bramka.
Jest pan optymistą?
- Zawsze trzeba nim być. Baraże ostatnio wygrywaliśmy. Może zadziała coś takiego, że poczują, że im nie leżymy. Tutaj jest sporo takich aspektów. Jest presja i pytanie kto to wytrzyma. Nasi zawodnicy grają w zagranicznych klubach, na pewno sobie poradzą. To jeden mecz, wszystko się może wydarzyć i może decydować dyspozycja dnia, a nawet chwili. Rywalizują dwie równorzędne drużyny i zdecydują detale. Może być wyrównany mecz, a może też być tak, że ktoś będzie miał słabszy dzień i będziemy świadkami jednostronnego widowiska.
Rozmawiał Michał Zichlarz
PIOTR PIEKARCZYK
Data urodzenia : 1 października 1958 r.Miejsce urodzenia : Czerwionka
Pozycja na boisku : środkowy obrońca
Kariera : Górnik Czerwionka, ROW Rybnik, GKS Katowice, GAIS (Szwecja), GKS. Dwukrotny zdobywca Pucharu Polski z GieKSą (1986, 1993). Czterokrotny szkoleniowiec katowickiego klubu.
