„Magic” i jego magiczny futbol malowany słowem

Dziesięć dni wcześniej to na nim skupiały się telewizyjne kamery, gdy podczas meczu Szwecja – Polska o mundial energicznie dyrygował Biało-czerwonymi. Jacek Magiera zmarł nagle w wieku 49 lat....

Jacek Magiera u boku Jana Urbana. Robota niedokończona... Fot. Mateusz Porzucek / Press Focus

Wieści, przekazane w piątkowe przedpołudnie przez Radio Wrocław, były szokujące, wręcz niewiarygodne. Członek reprezentacyjnego sztabu szkoleniowego, asystent Jana Urbana, rozpoczął dzień jak co dzień – od porannego joggingu w parku. I to w jego trakcie – według dolnośląskich dziennikarzy – miał zasłabnąć. Mimo szybkiej akcji ratunkowej – przewieziony został do Wojskowego Szpitala Klinicznego we Wrocławiu – nie udało się przywrócić funkcji życiowych...

Z ratownikiem na podium

Wrocław był jednym z tych ważnych dlań miejsc na piłkarskim szlaku. Przeżywał tu – już jako szkoleniowiec - i wielką gorycz, gdy bezceremonialnie go dwukrotnie zwalniano, i wielką radość, gdy w 2024 roku poprowadził Śląsk do tytułu wicemistrza kraju. To była ta sama ekipa, którą dwanaście miesięcy wcześniej – jako przywrócony do pracy w klubie „ratownik” - wyciągał za uszy z ligowego dna, ratując mu ekstraklasowe życie w ostatniej kolejce sezonu...

- Wtedy utrzymaliśmy się rzutem na taśmę, a dziś gramy o mistrzostwo Polski! Piękna to historia – mówił mi szkoleniowiec z uśmiechem późną wiosną 2024. - Wtedy byłem optymistą, a teraz jestem... jeszcze większym – podkreślał na krótko przed finiszem sezonu, w którym jego zespół bił się z Jagiellonią o mistrzostwo. Symboliczna była ostatnia kolejka: Wrocławianie rozgrywali mecz na boisku Rakowa, w rodzinnym mieście Jacka Magiery. Dla częstochowskich fanów łatwiejszy do przełknięcia byłby wtedy fakt, że abdykującego mistrza na tronie zastąpiłby „swój człowiek”. Zresztą – o czym mówi obok Iwo Mandrysz – zawsze przyjmowany był pod Jasną Górą z wielką sympatią...

Piłka była najważniejsza

Śląsk – mimo ówczesnej wygranej w Częstochowie – przegrał tytuł z Białostoczanami. Była więc radość szkoleniowca, bo przecież – cytowaliśmy jego słowa... - był życiowym optymistą; ale był i cień goryczy; niewiele brakło do pełni szczęścia. - Kurcze, pamiętam jeszcze te nasze dziecięce gierki na Błesznie (jedna z dzielnic – dop. aut.), na tamtejszych łąkach i podwórkach... Zawsze piłka była najważniejsza – uśmiechał się wtedy starszy o dwa lata od Jacka jego brat, Marek Magiera, od wielu lat komentator Polsatu, ale i wielki showman podczas największych siatkarskich wydarzeń w polskich halach. - Pewnie, że trzymałem kciuki za to, by został mistrzem. Ale i tak dokonał ze Śląskiem wielkiej rzeczy – dodawał na płycie stadionu przy Limanowskiego.

Między Częstochową a Warszawą

Mistrzostwo w roli szkoleniowca zdobywał już wcześniej, na trenerskiej ławce Legii (powtarzając tym samym własne osiągnięcia piłkarskie). Zresztą jest ostatnim do dziś polskim trenerem, który poprowadził polski klub w Champions League. Pewnie dlatego ta jego druga „piłkarska miłość” w pewnym momencie okazała się konkurencyjna dla pierwszej. - Oba kluby są szczególne i podobnie mi bliskie. Jestem wychowankiem Rakowa, ale największe sukcesy odnosiłem w Legii. Jako zawodnik, a potem szkoleniowiec, zdobyłem tam wszystko – odpowiadał na podchwytliwe pytanie.

Piłka była najważniejsza – raz jeszcze przywołujemy słowa brata. Była; dzięki piłce został magistrem... historii, bo jego praca dyplomowa dotyczyła emblematyki klubów piłkarskich. I dzięki piłce został szczęśliwym małżonkiem: wybrankę (Magdalenę) poznał podczas meczu, gdy zagadnęła go o... bilety na spotkanie reprezentacji Polski! Państwo Magierowie doczekali się dwójki dzieci: Małgorzaty (2012) i Jana (2014).

Rekiny i kozaki

O futbolu zawsze opowiadał ze swadą, z uczuciem. I zawsze ciekawie. Szukał niebanalnych sformułowań. „Fazy przejściowe” i „trzecią tercję” miewał w swym słowniku, ale wolał mówić na przykład o tym, że jego zespół „potrzebuje rekinów”. I dalej: „Potrzebuje też kozaków, którzy „ścisną” każdego w szatni i zagonią do roboty”. Niewielu w tym fachu – Jan Urban jest jednym z nich, więc może dlatego obaj panowie, mimo różnicy wieku, bardzo się lubili i szanowali, choć w lidze często stali po przeciwnych stronach barykady – potrafi łączyć fachowe wywody o futbolu z zajmującym o nim opowiadaniem...

Obrazu meczu i sekretów piłki nożnej, namalowanych słowami Jacka Magiery, niestety już nie usłyszymy... Szkoda, bo te słowa miały w sobie wiele magii, świetnie korespondującej z jego futbolową ksywką. Jeżeli „Magic” miał w ogóle odejść, przenieść się w szeregi szkoleniowców ostatnio nader chętnie i często powoływanych do niebiańskiej kadry przez Jedynego Wielkiego Trenera, to zrobił to w okolicznościach, które w pełni oddają jego życie: podczas (osobistego) treningu... Tylko czemu to powołanie przyszło tak wcześnie???

Dariusz Leśnikowski

Materiał premium

Dalsza część jest dostępna dla subskrybentów

Odblokuj pełne wydanie i korzystaj bez ograniczeń. Czytaj ekskluzywne wywiady, analizy i felietony sportowe. Słuchaj podcastów oraz oglądaj materiały wideo.

Zobacz pakiety i odblokuj wydanie

Dostęp od 12,50 zł • BLIK / karta • Anulujesz online, kiedy chcesz

Masz już dostęp? Zaloguj się