Łączy ich liczba 313
Patryk Widuch w Polonii Łaziska Górne rozegrał tyle samo spotkań, co ojciec w GKS-ie Katowice.
Patryk Widuch uważa, że w piłce nożnej mógł osiągnąć znacznie więcej. Fot. Tomasz Błaszczyk/PressFocus
Mirosław Widuch, który w ekstraklasie rozegrał 319 spotkań, z czego 313 w barwach GKS-u Katowice, nie został doścignięty przez swego syna. Patryk, próbując iść śladami ojca, dotarł bowiem „jedynie” na II-ligowe murawy, na których bronił barw Nadwiślana Góra, ale z liczbą 313 występów zapisał się w annałach Polonii Łaziska Górne. 23 października Widuch junior obchodził będzie dopiero 30. urodziny, ale już postanowił zawiesić buty na kołku.
Na piłkarskiej emeryturze
- Nie ma co ukrywać, że taty nie przegonię (śmiech), ale dogoniłem go przynajmniej pod względem liczby meczów w jednym klubie. Poczułem jednak „wypalenie” i postanowiłem powiedzieć pas - stwierdził wychowanek Polonii Łaziska. - Przyszedł moment, że gra już nie sprawiała mi radości, a ciągnięcie czegoś na siłę nie miało sensu. O szukaniu innego klubu nie było mowy, bo związałem się z Łaziskami i Polonią, więc gdybym myślał o dalszej grze, zostałbym w niej. Nie chcę się jednak zarzekać, bo może jeszcze zatęsknię za piłką i poszukam sobie drużyny na niższym szczeblu... Na ten moment jestem jednak na piłkarskiej emeryturze.
Potrzeba rąk do pracy
- Tata grał w ekstraklasie mając 38 lat, a później występował w grającym w klasie okręgowej zespole Czarnych Piasek – blisko domu i rodzinnego biznesu, czyli restauracji w miejscowości Gostyń. „Stara Chata” stała się punktem wyjścia, a dzisiaj już możemy mówić o firmie cateringowej, więc potrzeba rąk do pracy. Działamy rodzinnie – podkreśla były piłkarz Polonii. – To też miało wpływ, ale nie było najważniejsze. Piłka tak długo była na pierwszym miejscu, że teraz trzeba się trochę przestawić i... powspominać. Szczególnie że kronikarz Polonii pan Jerzy Janecki wszystko ma zanotowane. Od mojego debiutu 10 listopada 2012 roku w III-ligowym meczu z Pniówkiem Pawłowice, gdy trener Marek Mandla wpuścił mnie na boisko w końcówce, aż po ostatni mecz na zakończenie poprzedniego sezonu. Czas wejścia do gry, gdy miałem 16 lat, rozbudził marzenia. Miło wspominam szczególnie sezon 2014/15, bo mieliśmy fajną ekipę, zgraną szatnię i dobry zespół, którego trenerem był Rafał Bosowski. Jesienią byliśmy w połowie stawki, a później decyzje klubowe, na które nie mieliśmy wpływu, sprawiły, że spadliśmy do IV ligi. Najbardziej w pamięci utkwiło mi spotkanie z Gwarkiem Ornontowice. Wygraliśmy 2:0, a ja strzeliłem efektownego gola. Teraz mogę się przyznać, że chciałem... wybić piłkę, ale tak fajnie siadła mi na nogę, że wpadła do siatki. Tu mogę powiedzieć, że przegoniłem tatę, bo w 313 spotkaniach strzeliłem 9 goli dla Polonii, a tata w GieKSie miał tylko jedno trafienie.
Gorąca głowa
Polonia Łaziska Górne to dla Patryka Widucha klub numer 1, ale miał też przymiarki do GKS-u Katowice, Polonii Bytom, ROW-u Rybnik i GKS-u Tychy. Pytanie, czy mógł osiągnąć więcej, pozostanie tematem do dyskusji. - Uważam, że tak – twierdzi Widuch junior. – Zdecydowanie za szybko się podpaliłem, będąc w Katowicach. Miałem możliwość przedłużenia umowy, ale odszedłem do Nadwiślana. Uznałem, że nie będę czekał na miejsce w zespole, bo nie widziałem perspektyw, że mogę się tam przebić i zaistnieć. Wprawdzie w Górze rozegrałem 29 spotkań w II lidze, ale ten krok nie był przemyślany. Zbyt gorąca głowa sprawiła, że sparzyłem się na niezbyt stabilnym projekcie i wyżej już nie wypłynąłem. Nigdy też nie używałem nazwiska jako klucza do zespołu. To że tata grał w ekstraklasie na początku było dla mnie ułatwieniem, szczególnie w Katowicach, bo gdybym nazywał się inaczej klub nie byłby chyba mną zainteresowany. Wtedy myślałem, że idąc śladem taty – takie było moje dziecięce marzenie – zagram na Bukowej przy pełnych trybunach i z 5 na plecach. Później już jednak decydowały umiejętności piłkarskie i osobiste wybory. Ja dokonałem takich, że osiadłem w Polonii i cieszę się, że w swoim klubie też osiągnąłem coś, czym mogę się porównać z tatą. Nigdy jednak nie było między nami „wyścigu”. Jestem dumny, że jest ikoną GieKSy, ale mu nie zazdroszczę. Mimo że mamy to samo nazwisko, on dokonał znacznie więcej, zapracował na to. Zakończył przygodę z piłką i już do niej nie wraca, a ja planuję zapisać się na kurs trenerski i zaczynając od UEFA C piąć się na szkoleniowej drabince. Obecnie jest tyle funkcji w klubach, że może coś sobie znajdę i piłka będzie jeszcze ważną częścią mojego życia...
Jerzy Dusik
