Król Maciusiak I

Z DRUGIEJ STRONY - Andrzej Grygierczyk

By dochować wszelkiej staranności, trzeba byłoby zrobić kwerendę materiałów, jakie ukazywały się w polskich mediach w związku ze słabymi w bieżącym sezoniewynikami polskich skoczków narciarskich, oczywiście głównie w Pucharze Świata. Dominowała w nich krytyka wszystkich i wszystkiego. Dostawało się Adamowi Małyszowi jako prezesowi Polskiego Związku Narciarskiego, w którego przypadku uderzały na dodatek rykoszety związane z nominacjami olimpijskimi dla reprezentantów narciarstwa alpejskiego i ewidentny konflikt na tym tle z prezesem Polskiego Komitetu Olimpijskiego Radosławem Piesiewiczem. Nie mogło być inaczej – obrywał też mocno i bezlitośnie pierwszy trener kadry Maciej Maciusiak. Usprawiedliwiając nie mógł nie obrywać, skoro nasze największe gwiazdy polskich skoków gasły w oczach, plącząc się na dalekich miejscach w klasyfikacji poszczególnych konkursów PŚ i nie dając specjalnej nadziei na poprawę; wyjątkiem był Kacper Tomasiak, który na igrzyska do Włoch pojechał jako 14. zawodnik klasyfikacji.

Odnosiło się wrażenie, że Maciusiak słabo się bronił. Jakby bez przekonania, jakby nie chciał zakładać podwójnej gardy, nie mówiąc o przystępowaniu do kontrofensywy. Z dzisiejszej perspektywy – o ileż to jesteśmy mądrzejsi! – trzeba byłoby powiedzieć, że zachowywał się jak... przyczajony tygrys, ukryty smok. Nie szarpał się, nie odgryzał, czekał. To, że pracował, czy też robił swoje, potraktujmy jako (cytat z klasyka) oczywistą oczywistość.

Ale przede wszystkim podejmował niesłychanie trudne decyzje personalne – i ze sportowego, i psychologicznego punktu widzenia. Nie zabrać na igrzyska Dawida Kubackiego, nie zabrać Piotra Żyły – ikon polskich skoków – to było coś więcej niż narażenie się na ryzyko. To było jakby położenie głowy pod gilotynę. Właściwie tylko o młodziana Tomasiaka nikt się nie awanturował, bo przez cały sezon – pierwszy dla niego w kadrze A – z uporem trzymał się za plecami największych światowych tuzów.

Maciusiak ryzyko podjął i dzisiaj może chodzić z wysoko podniesioną głową. Aczkolwiek wciąż sprawia wrażenie człowieka, do którego skala i rozmiary sukcesów na igrzyskach we Włoszech jakby nie docierały. Może to zwykła skromność, może przejaw osobowości, może chwilowy brak zdolności do ogarnięcia wszystkich wydarzeń na skoczniach w Predazzo.

No a gdyby tych sukcesów we Włoszech nie było, chociaż zawodnicy byliby przygotowani dokładnie tak samo, jak byli? Ba! Bez żadnego ryzyka można przyjąć, że zaczęłaby się ostra jazda po Maciusiaku – za jego pracę i za jego personalne wybory, i pewnie za wszystko, co tylko można sobie wyobrazić. No i po Małyszu, chociażby za to, że na stanowisko trenera desygnował kogoś, kto do tego słabo się nadaje.

Przypadki Macieja Maciusiaka są kolejnym przejawem tego, jak cienka jest granica między upadkiem a wielkością trenera. Dzisiaj ten wciąż młody człowiek z Zakopanego notabene absolwent katowickiej Akademii Wychowania Fizycznego – może uchodzić za uosobienie wybitnego fachowca. Uchodzić? Po prostu nim jest, a te trzy medale olimpijskie to trzy niezmazywalne stemple na jego wszelkiego rodzaju dyplomach. To dlatego pozwalam sobie na nazwanie go „Królem Maciusiakiem I”.

Materiał premium

Dalsza część jest dostępna dla subskrybentów

Odblokuj pełne wydanie i korzystaj bez ograniczeń. Czytaj ekskluzywne wywiady, analizy i felietony sportowe. Słuchaj podcastów oraz oglądaj materiały wideo.

Zobacz pakiety i odblokuj wydanie

Dostęp od 12,50 zł • BLIK / karta • Anulujesz online, kiedy chcesz

Masz już dostęp? Zaloguj się