Kraj za szopą

REMANENT – cotygodniowy felieton Jerzego Chromika

Felietonista przynajmniej raz w tygodniu powinien mieć, jak rasowy kot, powody do mruczenia. Zwłaszcza po postawieniu tezy, którą życie po kilku dniach potwierdzi. Choćby na mączce i niekoniecznie ziemniaczanej.

Od 30 maja nuciłem sobie chętnie pod nosem, a potem wrzuciłem taki post na dawnego Twittera:

– Tę pszczółkę, którą dziś widzicie, zowią Mają,
wszyscy Maję znają i kochają.
Maja fruwa tu i tam, tenis pokazując nam.
Dziś urzeka nas maleńka, zwinna pszczółka Maja,

śmiała, sprytna, rezolutna Maja!

W miarę eliminowanych przez panią Chwalińską rywalek to skojarzenie brali jak swoje inni, ba, pojawiły się nawet okolicznościowe grafiki, aż wreszcie premier napisał po półfinale, że „nasza Pszczółka Maja okazała się lepsza od rosyjskich rakiet”. To nic, że jedna była jeszcze w finale. I to nic, że bajka tak naprawdę jest niemiecka, bo niezapomniany Zbigniew Wodecki spolszczył ją nam raz na zawsze.

Wracając do wstępu. Nie ma sensu licytować się teraz na przymiotniki, rzeczowniki, te wszystkie „ochy” i „achy”. Chwalić Chwalińską chce dziś każdy i... może każdy. Można udawać znawcę tenisa i oszukiwać – a nie mówiłem? Ja nie mówiłem, ja to przed tygodniem napisałem.

Mam więc dzięki temu komfort patrzenia na Paryż pod innym kątem. Z perspektywy „kraju za szopą”. Może niektórzy jeszcze pamiętają tenisistę Jerzego Janowicza. Dla mnie to Jurek!

Tenże Jurek zaatakował na konferencji prasowej redaktora Artura Rolaka, swego czasu mego zastępcę w dziale sportowym „Expressu Wieczornego”, gdy ten nisko ocenił postawę tenisowej reprezentacji Polski w Pucharze Davisa. Cytat nie będzie dosłowny, ale na pewno odda sens tamtej wypowiedzi:

– Jakie wy, dziennikarze, macie moralne prawo nas oceniać. Jeździmy za swoje, gramy za swoje, a trenujemy po szopach.

Bynajmniej nie chodziło o to, że na polskich kortach, których jest niby coraz więcej, ale których wynajęcie jest horrendalnie drogie, najpierw grają szopy pracze. Janowicz zarzucał państwu brak hal tenisowych, znośnych warunków do uprawiania tej wyjątkowej dyscypliny sportu. Niezwykle widowiskowej, choć trudnej do odbioru przez laików, bo niełatwo przygodnemu obserwatorowi odgadnąć, dlaczego jest 0:15, potem 0:30 i nagle robi się 0:40. O grze „na przewagi” i w tie-breaku nie wspominając.

Idźmy zatem za słowami pomeczowego wywiadu menedżera pani Chwalińskiej, czyli pana Szczypki. On się nie skarżył na swój los, jak Edyta Geppert. On był tylko szczery. Owszem, myślał o występie w Paryżu w kategoriach – oby choć jedna runda turnieju głównego, może nawet dwie, a wtedy nie będę musiał żebrać o każdy grosz. Płaszczyć się przed sponsorami, a potem iść na kolanach do Częstochowy po sukcesie życiowym. Wybierając się na Australian Open w 2023, menedżer pani Mai szukał chętnych do goszczenia tenisistki, bo nie miał pieniędzy na hotele. A może uda się na przekór losowi awansować.

Świat patrzy teraz na tych dziesięć paryskich meczów naszej tenisistki ze zdziwieniem. Miał dotąd na nią „oczy szeroko zamknięte”, więc po wyeliminowaniu Sakkari słuchał z niedowierzaniem, że na razie to nie wie, w którym hotelu będzie spać. Podkreślenie, że stać ją na wynajęcie, ale nagroda za wygranie dotychczasowych meczów jeszcze nie wpłynęła, było zrozumiałe tylko dla nielicznych. Podczas turnieju nie miała strategicznego sponsora ani dostawcy strojów. Wkładała na siebie to, co było najmniej znoszone i marka towaru była bez znaczenia. Nikt jej nie płacił za eksponowanie znaków firmowych.

A teraz? Teraz stoi kolejka. I każdy da tyle, ile może udźwignąć. Pełno jest dobrodziejów, co umieją liczyć pieniądze nie tylko na bandach reklamowych. Trzeba na nich bardzo uważać. Część z nich chce na tym sukcesie odnieść wyłącznie własne korzyści.

Jeśli coś mogę radzić teamowi pani Chwalińskiej, to stawki dubeltowe, a nawet potrójne. Byłoby to swoiste wyrównanie za lata, w których podpierając się nosem, z pustą portmonetką ćwiczyła loby nad swoim losem. Na szczęście miała obok siebie oddanych rodziców i niewielkie, ale wierne grono osób, które w nią wierzyły od lat. Teraz oszukała nie tylko rywalki w Paryżu. Oszukała przeznaczenie i ekspertów mówiących, że z jej posturą nie ma szans na zawodowych kortach! A teraz? Teraz powinna przebierać w ofertach jak w ulęgałkach. I unikać tych zgniłych.

Także tych „zgniłych” doradców z PZT, pierwszych winnych braku infrastruktury dostępnej dla wszystkich, a nie tylko dla bogatych. Teraz prezes uspokaja – będzie 47 hal jeszcze w 2027 za jedyne 80 milionów z ministerstwa sportu. Brzmi tak samo pięknie jak stare hasło „1000 szkół na tysiąclecie” z głębokiego 1966!

Tenisistka poradzi sobie też bez PZU, a jak zagra jeszcze kilka razy taki turniej jak ten we Francji, to ZUS również nie będzie jej potrzebny.

Wszyscy Maję znają i kochają. Dąbrowa Górnicza, gdzie się wychowała, zrobiła nawet taką przypinkę.

Materiał premium

Dalsza część jest dostępna dla subskrybentów

Odblokuj pełne wydanie i korzystaj bez ograniczeń. Czytaj ekskluzywne wywiady, analizy i felietony sportowe. Słuchaj podcastów oraz oglądaj materiały wideo.

Zobacz pakiety i odblokuj wydanie

Dostęp od 12,50 zł • BLIK / karta • Anulujesz online, kiedy chcesz

Masz już dostęp? Zaloguj się