Kradzież futbolu
POWRÓT DO KORZENI, cotygodniowy felieton Michała Listkiewicza
Piłka nożna jest sportem o korzeniach ludowych i to z myślą o rozrywce dla robotników oraz uczniów w 1863 roku opracowano pierwsze zasady tej pięknej gry. Z czasem stała się ona najważniejszą, najpopularniejszą i najbogatszą dyscypliną sportu. Skoro lekką atletykę nazwano królową, to futbol (nie ten amerykański, broń Boże) zasługuje na tytuł cesarza. Wspomniane bogactwo stało się przy okazji źródłem problemów. Plebejski z zasady sport bez skrupułów przejmują miliarderzy kupujący sobie kluby jak kolejne rezydencje, bajecznie drogie auta i luksusowe kochanki. Często jest to kaprys dla pokonania własnych kompleksów i zaspokojenia próżności. Jeżeli nawet przychodzą sukcesy, to krótkotrwałe. Abramowicz, Ratcliffe, Khan, Rybołowlew, Slim, a w Polsce Cupiał, Wojciechowski, Drzymała, Płoskoń, Kwiecień - to kilka z wielu nazwisk ludzi, którym sport był, a często jest potrzebny w roli biżuterii. Ze znanych mi właścicieli - przeważnie o statucie większościowych udziałowców - tylko Lukas Podolski ma piłkarski dorobek i to jaki! Zdarza się też, że nie żywa gotówka, a dokonania biznesowe wydają się dobrą przepustką do świata futbolu i takim przypadkiem jest szef krakowskiej Wisły, Jarosław Królewski. Dla mnie najbardziej autentycznymi bogaczami wydającymi swoje, a nie publiczne pieniądze na futbol byli profesor Janusz Filipiak i biznesmen Bogusław Cupiał, a dziś jest takim Krzysztof Witkowski z Niecieczy. Bywa i odwrotnie, jak w Gdańsku i we Wrocławiu, gdzie wyciąganie ręki po publiczny grosz zastępuje sięganie do własnej kieszeni, przeważnie pustej.
Musimy pogodzić się z faktem, że mieszkamy w jednym kraju nie tylko z ludźmi fajnymi, mądrymi, otwartymi, lecz także z idiotami. Ci ostatni są bardziej widoczni, bo - jak już na tych łamach pisałem - gorszy pieniądz wypiera lepszy zgodnie z Prawem Kopernikańskim. Hejt pod adresem srebrnej i brązowej medalistki lekkoatletycznych mistrzostw Europy, Ewy Swobody, dowodzi prawdziwości sentencji przypisywanej Stanisławowi Lemowi: „dopiero wynalezienie internetu udowodniło, ilu idiotów żyje na tym świecie". Krytykujący wygląd pani Ewy przy ignorowaniu jej klasy sportowej to biedni ludzie. Bez osiągnięć w życiu, za to z wielkimi kompleksami. Moja wnuczka też ma liczne tatuaże, ale wcale jej przez to nie kocham mniej.
Zbliża się mecz retro Polska - Anglia z okazji jubileuszu Stadionu Śląskiego w Chorzowie. To prywatne przedsięwzięcie z pominięciem Śląskiego Związku Piłki Nożnej. Stawiam dolary przeciwko orzechom, że prezes Henryk Kula zorganizowałby takie wydarzenie nie gorzej niż byli piłkarze, Tomek Kłos i Piotr Ćwielong, co konstatuję po doświadczeniach z podobnymi imprezami organizowanymi metodą „na partyzanta” jak Ronaldinho Show czy Mecz Legend w Gdańsku. W tym drugim nawet piłek nie było komu napompować, choć nowiutkie zdatne do gry leżały w pobliskiej siedzibie Pomorskiego ZPN. Zaproszenia VIP po kilka tysięcy złotych, a za to dużo kitu i bajeru tylko. Znani kiedyś piłkarze chętnie na takie spektakle przyjeżdżają, wszak tylko nieliczni zostają wybitnymi trenerami lub komentatorami. Za to ekspertów ci u nas dostatek, nie tylko sportowych.
Po wybuchu wojny na Ukrainie namnożyło się znawców sztuki wojennej. Samych tylko emerytowanych generałów parę tuzinów, a pomniejszych szarż kilka razy więcej. Czekam na prośbę o mój komentarz z dziedziny wojskowości, wszak jestem oficerem rezerwy w randze porucznika, ale roczną służbę wojskową w Elblągu wspominam tylko jako fajną i przydatną mi w późniejszym życiu przygodę, tym bardziej że jako sędzia już wtedy trzecioligowy byłem często zwalniany z zajęć na prowadzenie meczów w całym powiecie. Miałem szczęście, że dowódca jednostki był wielkim fanem futbolu. Nie omieszkałem też założyć kompanijnego teatrzyku, który z widowiskiem słowno-muzycznym „Dziś do ciebie przyjść nie mogę" przemierzał szlak domów opieki społecznej, ośrodków kultury i kół gospodyń wiejskich. Na stadionach czasem żegnały mnie gwizdy i obelgi, a tam tylko brawa przy otwartej kurtynie. Dziś taki ze mnie ekspert wojskowy, jak z wielu byłych piłkarzy sportowy. Cenię jeno Grzegorza Mielcarskiego za fachowość, Tomka Łapińskiego za kulturę słowa i Janusza Michalika za szerokie spojrzenie na sport. W zbliżającym się Meczu Gwiazd w Chorzowie zagra sam Zbigniew Boniek. „Zibi” to światowiec pełną gębą, nigdy nie był skąpy, poza podkradaniem papierosów z paczek kolegów, ale to raczej dla zdrowia. Jego nie dotyczy powiedzenie „to wszystko z biedy", które chętnie cytuje w innym kontekście.
Somalijski sędzia Omar Artan doczekał się zadośćuczynienia za wstrętne potraktowanie przez administrację Donalda Trumpa przy milczącej aprobacie prezydenta FIFA. Dobrze poprowadził mecz o Superpuchar Europy. Wcześniej nie wpuszczono go na mundial, co potwierdza moją tezę, że były to pierwsze w historii mistrzostwa, na których ich organizator, czyli FIFA, nie miał nic do powiedzenia. Tym bardziej więc mi nie żal, że tam nie byłem, whisky i coli nie piłem, zresztą obu tych trunków od lat unikam. Futbolowy apetyt zaspokoiłem przedwczoraj na jubileuszu klubu Granica Lubycza Królewska. Spacer po pięknym Roztoczu w towarzystwie dwustu(!) sympatyków sportu był większą frajdą niż setki wyjazdów na wielkie stadiony świata. Lubycza Królewska odegrała ważną rolę w najnowszej historii polskiego futbolu. To tam zarząd PZPN podjął decyzję o aplikowaniu o organizację Euro 2012, o czym można poczytać w mojej książce „Listek”, wciąż dostępnej w sprzedaży.
Somalijczyk Omar Artan doczekał się zadośćuczynienia i poprowadził UEFA Super Cup 2026, ale na kolejny mundial przyjdzie mu poczekać cztery lata... Fot. Mateusz Porzucek/ PressFocus.
