Kościół

Z DRUGIEJ STRONY - Dariusz Leśnikowski

Po cichu, bez dęcia w wuwuzele i pompowania balonika, dopisuje Jan Urban do selekcjonerskiego CV kolejne mecze bez porażki. Na razie ma ich pięć, niemal każdy – pomijając interesujące jedynie z punktu widzenia selekcyjnego starcie z Nową Zelandią – arcyważny; a dwa – arcytrudne: z Holendrami.

Czemu akurat w tym momencie przyszła mi do głowy zabawa w cyferki? Bo – szukając promyczka nadziei i optymizmu u początków kadencji Michała Probierza – też wyliczano Biało-czerwonym nieprzegrane spotkania. Trudno było wówczas pozytywne myślenie budować na fundamencie prezentowanej przez naszych kadrowiczów gry, więc łapaliśmy się – my, kibice – każdego światełka w tunelu: choćby tak niewiele znaczącego, jak „liczba kolejnych gier bez porażki od początku kadencji selekcjonera” - uff, długa nazwa tego lekarstwa na obolałą kibicowską duszę.

Kadra „dojechała” wówczas do ośmiu gier bez przegranej: było wśród nich i wyjazdowe 2:0 z Wyspami Owczymi, i domowe 1:1 z Mołdawią, i towarzyskie 2:0 z Łotwą. Oddajmy ówczesnemu trenerowi narodowej drużyny, że zaliczył też dwa ważne zwycięstwa: w półfinale baraży o Euro z Estonią, a w finale – z Walią (o awansie naszych zdecydowała seria „jedenastek”). Weryfikacja wartości rekordu Probierza – przed nim należał on do śp. Wojciecha Łazarka, którego kadencja okazała się jedną z najmniej udanych selekcjonerskich przygód w całej historii - była jednak bolesna. Gdy przyszło nam zagrać z rywalami z półki wyższej niż nasza, z finałów europejskiego czempionatu odpadliśmy jako pierwsi, a potem – z powodów ogólnie znanych – nikt już o zliczaniu jakichkolwiek (pozytywnych) rekordów nie myślał...

Dla Jana Urbana owe cyferki – mam wrażenie – nie mają znaczenia. Nie buduje na nich własnego ego: nie obstalowuje eleganckich garniturów na miarę, nie eksponuje wystającego spod mankietu białej koszuli zegarka wartego kilkanaście średnich krajowych. Zdecydowanie tego nie potrzebuje. I bez tego grono jego sympatyków, a może raczej... wyznawców (a gdyby poważnie potraktować słowa, jakie pod koniec jego pracy w Górniku usłyszałem od jednego z członków klubowych władz: „Urban ma swój kościół”) rośnie z każdym kolejnym spotkaniem Biało-czerwonych. Nie chodzi wyłącznie o 1:1 z Holendrami w Rotterdamie czy w Warszawie; chodzi o to, że reprezentacja pod jego wodzą znów budzi pozytywne emocje; znów przed każdym jej meczem chodzą nam po plecach ciarki; znów kwitujemy jej okazje bramkowe i same bramki głośnym „Jeeeeeest!”, a były przecież niedawno chwile, w których coraz większa grupa kibiców kwitowała kolejny mecz „Orłów” wzruszeniem ramion...

Znów dyskutujemy też o merytoryce, a nawet – o rany! - o taktyce; a nie o słownych i faktycznych (opaska kapitańska) przepychankach w krajowej Drużynie nr 1. „Kim zastąpić Bednarka?”, „Czy naprawdę możemy zagrać bez „szóstki” przeciwko Holendrom?”, „Czy Grabara stanie na wysokości zadania, skoro to dopiero jego trzeci mecz w reprezentacji?” - pytania takie stawiali oczywiście głównie eksperci medialni, ale słyszałem je także od dwóch zażarcie dyskutujących ze sobą kibiców w zwykłym osiedlowym spożywczaku. Kościół – również „kościół Urbana” - to dobra rzecz!

Jakby jednak ktoś o ten rekord pytał, to przypominamy: mecz numer sześć obecnego selekcjonera – już w poniedziałek. Siódmym będzie barażowy półfinał, ósmym – decydująca gra o mundial. Dziś można – wręcz wypada? - wierzyć, że żadnego z tych starć ludzie Urbana nie przegrają!

Materiał premium

Dalsza część jest dostępna dla subskrybentów

Odblokuj pełne wydanie i korzystaj bez ograniczeń. Czytaj ekskluzywne wywiady, analizy i felietony sportowe. Słuchaj podcastów oraz oglądaj materiały wideo.

Zobacz pakiety i odblokuj wydanie

Dostęp od 12,50 zł • BLIK / karta • Anulujesz online, kiedy chcesz

Masz już dostęp? Zaloguj się