Koniec głaskania, w Łodzi przemówiły trybuny

Kibicowskie „pogaduchy” z piłkarzami to na wszystkich stadionach rzecz często spotykana. Czasami przybierają mocno kontrowersyjną formę.

Czerwona Armia i jej niemy przekaz do piłkarzy Widzewa. Fot. PAP/Piotr Polak

WYDARZENIE KOLEJKI

W obecnym sezonie parokrotnie na różnych obiektach fani głośno artykułowali swoje uwagi w stosunku do zawodników. Nie zawsze bywały to wyłącznie podziękowania za zaangażowanie i boiskową walkę. Zdarzały się przekazy mało parlamentarne, ocierające się o groźby karalne. No bo jak inaczej nazwać gromkie okrzyki (pseudo)kibiców Legii na stadionie w Gdyni w lutym 2026? W grudniu 2025 natomiast w Szczecinie po meczu z Radomiakiem jeden z tamtejszych „gniazdowych” z sektora ultras, kierując swe uwagi do Kamila Grosickiego, zażądał od niego przekazania obcojęzycznej części szatni „Portowców” konkretnej wiadomości. Groził wtargnięciem zorganizowanej grupy na trening drużyny i – mówiąc eufemistycznie – naruszeniem przez nią nietykalności cielesnej zawodników.

Wybryk legijny został przez stołeczny klub przemilczany. Szczeciński spotkał się z reakcją – pytanie, czy adekwatną... - władz Pogoni, czyli oświadczeniem, w którym incydent określono mianem „odosobnionego działania jednej osoby, podjętego samowolnie, bez aprobaty; zapewniono także o wyciągnięciu wobec autora gróźb konsekwencji dyscyplinarnych „wewnątrz organizacji kibiców”.

W kontekście dwóch powyższych wydarzeń, fani Widzewa, jak zwykle szczelnie wypełniający trybuny stadionu przy Al. Piłsudskiego, z łódzkimi piłkarzami – zdecydowanie zawodzącymi w tym sezonie w lidze – obeszli się niemal w białych rękawiczkach. „Widzew grać, k***a mać!” - parokrotnie powtórzony przez trybuny okrzyk (jeszcze przy stanie 0:0) w trakcie meczu z Motorem nie wykraczał poza to, co można usłyszeć nawet na boiskach C-klasy.

Dużo bardziej merytoryczny przekaz niosły ze sobą transparenty wywieszone przez „Czerwoną Armię” (jak sami mianują się widzewscy fani). „Dostaliście od nas wszystko. Wiarę, wsparcie, zaufanie, szacunek. W zamian dostaliśmy wstyd, hańbę, brak zaangażowania. To koniec głaskania” - ten przekaz przez długie minuty niedzielnego meczu wisiał na ogrodzeniu, zastępując zwyczajowy doping. Kibice w tym czasie po prostu milczeli, co akurat na tym obiekcie jest sytuacją zupełnie niecodzienną.

Nie była to jedyna twórczość, zaprezentowana przez łódzkich fanów. Dużo mocniej – i dużo mniej cenzuralnie – dostało się osobom odpowiedzialnym w Widzewie za politykę transferową. „Partacze wy…..ć z Widzewa. Adamczuk, Burlikowski jesteście pierwsi na naszej liście” - to słowa skierowane przez trybuny do Dariusza Adamczuka i Piotra Burlikowskiego, doradców (w randze dyrektorów) właściciela klubu na niwie transferowej właśnie. Trudno dziś powiedzieć, by grube miliony euro, wydane przez niego w zimowym okienku, przekładały się na oczekiwane rezultaty drużyny na murawie. Co gorsza zaś, jeden z tych, którym akurat trudno byłoby cokolwiek zarzucić, czyli Lukas Lerager, właśnie wypadł ze składu na długi czas. Duńczyk przeszedł już operację uszkodzonego w niedzielę ścięgna Achillesa; rekonwalescencja potrwać ma do końca tego roku!

Najkrótsze widzewskie przesłanie dotknęło prezesa klubu. W tym przypadku obeszło się bez inwektyw: Michał Rydz ujrzał na transparencie swoje nazwisko zestawione z żółtą kartką...

(DaL)

Materiał premium

Dalsza część jest dostępna dla subskrybentów

Odblokuj pełne wydanie i korzystaj bez ograniczeń. Czytaj ekskluzywne wywiady, analizy i felietony sportowe. Słuchaj podcastów oraz oglądaj materiały wideo.

Zobacz pakiety i odblokuj wydanie

Dostęp od 12,50 zł • BLIK / karta • Anulujesz online, kiedy chcesz

Masz już dostęp? Zaloguj się