KONESERZY KLĘSK
WYMIANA KOSZULEK Wojciech Kuczok
Piłkarze Cracovii już od dłuższego czasu wyglądają na mocno zagubionych... Fot. Krzysztof Porębski
Brak mi Jurka Pilcha. Nie tylko jego literackiej werwy, finezyjnej frazy, kolejnych historii z wiślańskiego Macondo, jakim były jego Granatowe Góry – brak mi bratniej duszy kibica-męczennika, z którym mogliśmy wieść rozmowy o cierpieniu po kolejnych upadkach naszych ukochanych klubów. Mnie od lat zalewała niebieska krew, bo Ruch w XXI wieku wzlotów miał niewiele, za to w spektakularnych klęskach się wyspecjalizował, a jego pasiaste serce pękało od zawsze, miał bowiem nieszczęście urodzić się wkrótce po tym, gdy Cracovia po raz ostatni zajęła miejsce na podium ekstraklasy, zmarł zaś tuż przed zdobyciem przez nią Pucharu Polski.
Niby obaj byliśmy kibicami nieszczęśliwymi, czy raczej feralnie urodzonymi, ale ja przeżyłem z Niebieskimi jedno mistrzostwo i jeden puchar, a Pilchu zmieścił życie swoje tak pechowo, że żadnego triumfu klubowego nie przeżył. Bycie fanem Niebieskich wiąże się z tęsknotą do dawno minionej wielkości, ale bycie fanem Pasów to tęsknota do czasów tak zamierzchłych, że pamiętać ich już nie ma kto, to wspominanie legendy opowiadanej przez pradziadów, o przedwojennych i jednym tuż powojennym mistrzostwie Polski. Przez pół wieku Pasy zdołały zagrać w najwyższej lidze ledwie osiem sezonów, albo od razu spadając albo wytrzymując dwa lata, zawsze gdzieś w dole tabeli.
Kiedy Comarch przejął klub, południowa strona Błoń wreszcie miała swoje chwile nadziei na wielkie wygrane, ale opieka finansowa świętej pamięci Janusza Filipiaka wystarczyła na wieloletni status ligowego średniaka, pojedyncze kompromitacje w eliminacjach europejskich rozgrywek, jednorazowe sięgnięcie po krajowy puchar i prestiżowy prymat w grodzie Kraka; w ostatnich czterech sezonach Pasy były jedynym reprezentantem Krakowa w ekstraklasie. Bonanza się skończyła, Pasy znowu myślą o ratowaniu ligowego bytu i utrzymaniu lokalnego panowania, o co będzie się trzeba bić w aż czterech meczach derbowych z Wisłą i Wieczystą. Pilcha już nie ma, ale zagorzałych masochistów wśród moich przyjaciół nie brakuje - kupują karnet przed sezonem i wiernie uczęszczają do „Ziemi Świętej”, aby przyglądać się piłkarskiej degrengoladzie.
Cracovia stała się klubem wysokiego ryzyka paździerzowego, wskutek czego mecze z jej udziałem najchętniej są wyznaczane na poniedziałkowe wieczory; w ten ostatni, wyjątkowo upalny wybrałem się na mecz z Pogonią. Bez nadziei na szczególne fajerwerki, raczej po to, żeby zjednać się w emocjach z kibicami wiecznych przegranych – mój Ruch zaczął sezon dwoma meczami bez punktów i bramek, Cracovia zaś nie wygrała meczu ligowego po raz… dziesiąty z rzędu, licząc finisz poprzedniego sezonu. Do klubowego rekordu wciąż daleko, Pasy wywindowały go bowiem niebotycznie, nie zaznając smaku zwycięstwa przez pół roku 1970 w dwudziestu trzech kolejnych grach o stawkę, ale dwucyfrowa seria to już więcej niż zauważalna niemoc, ona się na kibicowskich duszach wyraźnie odciska, w oczach fanów widać już raczej melancholię niż rozdrażnienie.
Znam te spojrzenia, znam ten rodzaj pogodzenia z garbatym losem i kibicowania „pod wiatr”, bez nadziei na lepsze jutro – znam go z trybun Stadionu Śląskiego, który jest ostatnimi laty zastępczym pałacem bezdomnego Ruchu. „Żeby kochać taki klub, trzeba mieć albo dewiację, albo wielką miłość” - mówił o Cracovii Pilch i to się tyczy także niebieskich chacharów. Jesteśmy skazani na bycie koneserami klęsk, kolekcjonerami niedosytów, wytrawnymi degustatorami niespełnień i rozczarowań. Jedni i drudzy męczą bułę, bezzębni w ataku, jednym i drugim boleśnie brakuje klasowego napastnika. Co gorsza, wypożyczony z Lecce Filip Marchwiński, który miał wnieść świeżość i jakość w środku pola, niemal natychmiast po starcie sezonu zerwał zrekonstruowane ACL, półtora roku po pierwszym urazie, co jest wiadomością tragiczną. Polska piłka traci na kolejny rok wielki talent, a przyszłość sportowa wychowanka Lecha staje pod znakiem zapytania.
Oto więc w atmosferze przygnębienia, w trzydziestostopniowym upale kibice najpierw upamiętnili ofiary Powstania Warszawskiego, potem minutą ciszy pożegnali zmarłych niedawno klubowych sportowców, a potem z rosnącym przygnębieniem patrzyli, jak Pogoń rozstawia ich ulubieńców po kątach. Gdy obecny trener Portowców, Oskar Garcia, przed kilkoma laty prowadził Stade de Reims, jego ekipa zasłynęła najmniejszym posiadaniem piłki w lidze francuskiej – z tym większym zdziwieniem przyszło mi zauważyć, że Cracovia długimi okresami nie potrafiła wyjść z własnej połowy. Portowcy wygrali dzięki błyskotliwym skrzydłowym z Nigerii (Mukairu) i Gambii (Juwara), a także refleksowi brazylijskiego obrońcy Leo Borgesa. Kamil Grosicki nie musiał się nawet podnosić z ławki. W Pasach wrażenie gościa, który wie o co chodzi, sprawiał tylko Ajdin Hasić – ma kąśliwy strzał z krótkiej nogi, dużo widzi, ale nie bardzo ma z kim grać.
Marazm przy Kałuży trwa i jego końca nie widać. W Ruchu panują równie ponure nastroje, przy czym dwóch akcjonariuszy ogłosiło, że chce sprzedać swoje udziały – może zatem znajdzie się ktoś chętny i hojny, aby wzmocnić kadrę przed zamknięciem okienka o brakującego egzekutora. Na pewno nie stanie się to w najbliższych dniach, a jeśli Niebiescy zgodnie z przewidywaniami polegną także w piątek na Konwiktorskiej, można będzie to uznać za coś więcej niż falstart. „Waldek King” Fornalik ma gigantyczny kredyt zaufania u kibiców wdzięcznych za sukcesy sprzed lat. Jeśli on z Ruchem nic wskórać nie potrafi, to już i wszyscy święci nie pomogą.
