Kompetencje nie zważają na płeć
Rozmowa z Karoliną Koch, trenerką piłkarek GKS-u Katowice
Karolina Koch po raz drugi poprowadziła GKS Katowice do zwycięstwa w Pucharze Polski. Fot. Marcin Bulanda / Press Focus
Trenowany przez panią GKS Katowice zdobył właśnie Puchar Polski w niezwykłych okolicznościach. Finał z Czarnymi Sosnowiec był niecodzienny: zwycięstwo w tym stylu, gdy drużyna dwa razy przegrywa, by ostatecznie wygrać mecz o taką stawkę – zostaje w głowach. To spełnienie marzeń czy raczej pretekst, by myśleć o czymś więcej i więcej? Pozwalała sobie pani na emocje?
– To rzeczywiście było niesamowite spotkanie. Wydarzenia boiskowe były splotem niezwykłych okoliczności. Nas, sztab i mnie, cieszy fakt, że mieliśmy scenariusz również na okoliczności niesprzyjające. Musieliśmy brać pod uwagę, że ten mecz może się nie układać. Od miesiąca wiedzieliśmy, że zagramy w finale, mieliśmy cztery mecze ligowe, które mogliśmy wykorzystać, żeby do tego spotkania się przygotować. One były już etapem przygotowań do najważniejszego meczu sezonu, uważam, że taka umiejętność – w najważniejszym momencie być w najlepszej formie – to sztuka. To się nam udało. Ten finał w Tychach przegrywałyśmy i... byłyśmy na to przygotowane. Dziewczyny potrafiły odwrócić losy meczu. Drużyna – bez względu na to, czy męska, czy żeńska – musi być przygotowana na to, co trener chce wprowadzić. A nie jest tak, że trener ma coś w głowie, powie o tym, a zawodnicy od razu są w stanie przełożyć to na zachowania na boisku. Elementy przećwiczyliśmy, nagraliśmy je, robiliśmy analizę, przegadaliśmy, o co nam dokładnie chodzi, co zmienić, żeby obraz gry wyglądał inaczej. Poświęciliśmy z rozmysłem czas, żeby ten plan mieć. Muszę przyznać, że bardzo się cieszę, że te wszystkie czynności okazały się potrzebne, przydały się, rzeczywiście dały efekt w tak ważnym momencie jak finał Pucharu Polski. Przegrywaliśmy jeszcze kwadrans przed końcem. A wtedy przesunęliśmy centralną środkową obrończynię do góry i przeszliśmy na inny system. W męskiej piłce to powszechne, w kobiecej jest ciągle jednak rzadkością. Staram się czerpać właśnie z męskiej piłki, bardzo często ją oglądam. No i na konkretny manewr zdecydowaliśmy się podczas finału. Pół roku temu dołączyła do nas Andjela Milovanović, półprawa obrończyni, Serbka o świetnych umiejętnościach ofensywnych. Andjela poszła do środka, wydaje mi się, że byliśmy w stanie zaskoczyć tym przeciwnika. Oddała strzał w słupek, dobitka wpadła już do siatki. Wyrównaliśmy i w konsekwencji całkowicie zmieniliśmy obraz meczu. Dziewczyny pokazały, że są gotowe tak grać. Cieszę się, że ta drużyna jest mocna mentalnie, że potrafi odwrócić losy meczów, wcześniej zdarzyło się to w spotkaniu z Pogonią Szczecin. Dalej idziemy po swoje. Doceniam, jak kobiety potrafią dobrze i z wielkim zaangażowaniem chcieć realizować to, co trener im nakreśla. Właśnie ten element – wielkie skupienie – jest bardzo charakterystyczny dla kobiecej piłki. A presja? Przed takim meczem jak finał Pucharu Polski to przywilej (uśmiech).
Tablica w „Betlejemce”, na której Karolina Koch rozrysowuje plany taktyczne. Fot. Paweł Czado
Czy po takim meczu człowiek jest emocjonalnie jak wykręcony ręcznik?
– Przygotowaniami tak. To jest ciągłe skupienie. Czasem chciałoby się pracować w sztabach, gdzie ma się dwanaście osób, czterech trenerów analityków, którzy są w stanie wyłapać wszystko i dostarczyć pierwszemu trenerowi wszystkie niezbędne informacje. Nasz sztab jest wąski, pięcioosobowy, doszedł do nas właśnie trener bramkarzy Michał Barczyk, który jest też asystentem. Ważne, że jesteśmy zgrani, rozumiemy się, dajemy radę.
Jawi mi się pani jako profesjonalistka. Jednak czy fakt, że jest pani kobietą, może mieć jakiś wpływ na styl prowadzenia drużyny? Czy trenerka może prowadzić zespół twardą ręką? Czy potrafi być pani zołzą?
– To pytanie do dziewczyn (uśmiech). Z pewnością jednak jestem trenerem, który potrafi jasno artykułować własne zdanie i wyegzekwować, czego oczekuje. Nie mam żadnych problemów, żeby radzić sobie zarówno z kobietami czy mężczyznami, myślę, że inni trenerzy to potwierdzą (uśmiech). Na pewno jestem kobietą, która potrafi walczyć o drużynę, o swoje. Umiem zarządzać drużyną. Dziewczyny wiedzą, że w razie potrzeby zawsze jestem chętna do rozmowy. Zawsze chodzi o jasne określenie celu. Jeśli jest wspólny dla całej drużyny, to ja jestem osobą, która ma pilnować, żeby wszystkie łodzie płynęły w tym samym kierunku. Powinniśmy dużo rozmawiać, ale to ja jestem osobą, która powinna wyznaczać granicę i kierunki, co jest akceptowalne, a co nie. I wcale nie potrzeba do tego krzyku, wręcz przeciwnie. Czasem wystarczy cisza.
Nie zawsze wszystko idzie tak, jak chcemy. Zdarzało się pani w złości przywalić po przyjściu do pokoju trenerskiego pięścią w ścianę?
– Zdarzyło się w stół (uśmiech). To są normalne emocje. Ale ciekawe: jeśli my, kobiety, zareagujemy nerwowo i użyjemy słów powszechnie uważanych za wulgarne, czy tupniemy nogą, mówiąc, że tak ma być – to jesteśmy uznane za bardzo emocjonalne. A jeśli facet tak robi, zaklnie – to on zarządza (uśmiech). Uważam, że płeć w tym wypadku nie ma znaczenia. Każdy ma inny styl zarządzania. Wydaje mi się, że jako trener trzeba być autentycznym, nie udawać kogoś, kim się nie jest. Nie próbuję nawet udawać trenera, który chodzi, krzyczy i przestawia ściany. W szatni, choćby w przerwie, mam niecały kwadrans, żeby przekazać drużynie, jak chcę grać. A mam zawodniczki, które chcą wygrywać, one oczekują od trenera informacji, co trzeba zrobić, żeby to osiągnąć.
Siedziałem niedaleko pani podczas meczu męskiej drużyny GKS-u z Jagiellonią i widziałem, jak uważnie ogląda pani to, co dzieje na boisku.
– Oglądam regularnie mecze mężczyzn GieKSy w ekstraklasie, ale inne, także w I lidze, choćby Ruchu. Spotkanie z Jagiellonią było kapitalne, pełne wielu interesujących momentów. Lubię oglądać piłkę, z każdego meczu staram się coś wyłapać i mówić o tym dziewczynom. Na telefonie notuję minuty i spostrzeżenia. W meczu z Jagiellonią zainteresowało mnie choćby pozycjonowanie „ósemek” i efekty przy mijaniu pierwszej linii pressingu, przesunięcia przeciwnika w tym momencie itd. Uwielbiam tak patrzeć na mecze! Często obserwuję obrazy z kamer taktycznych. Wycinam fragmenty, które mogą się przydać. W telewizji mecze oglądam rzadziej. Kiedyś na Ruch przyjechał Widzew, zrobił spektakularne otwarcie, gdzie drużyna broniła jeden na jeden, dali na szerokość zawodników, w życiu bym nie powiedziała, że przeciwnik też może się tak zachować i też pójdzie na szerokość. My to zaobserwowaliśmy, teraz mamy takie otwarcie, nazwaliśmy je „Widzew” (uśmiech). Dziewczyny wiedzą więc, jak się zachować, gdy gramy „Widzew”. W szatni rozmawiamy merytorycznie. Nie o tym, że ktoś popełnił błąd, ale choćby o strukturach przeciwnika, o tym, gdzie szukać jego słabych stron. W szatni mamy 25 kobiet, które potrafią o piłce rozmawiać, które ją rozumieją. Wiedzą, dlaczego wygrały, dlaczego przegrały. A jako trener ciągle chcę iść naprzód i wprowadzać kolejne rozwiązania.
W męskiej Bundeslidze pojawiła się w Unionie Berlin Marie-Louise Eta. Jest pierwszą i w tej chwili jedyną kobietą prowadzącą męską drużynę w pięciu najwyżej notowanych ligach europejskich. Robi to na pani wrażenie? Rozmawialiśmy kiedyś, więc wiem, że chciałaby pani sprawdzić się w takiej roli.
– Marie-Louise Eta to trenerka, która miała świetną karierę, w relacjach dziennikarskich brakuje mi otoczki, pokazania, jaką drogę przeszła do obecnej chwili, drogę, która przygotowała ją do tej roli. Doceniam bardzo jej indywidualne osiągnięcia, będące efektem ciężkiej pracy. Cieszę się, że sobie poradziła. Najważniejsze, że docenili tam jej kompetencje, a nie zważali na płeć. Wierzę, że w Polsce też dojdziemy do tego momentu, że nikt nie będzie brał pod uwagę płci, jeśli będzie chodziło o kompetencje. A wracając do meritum: tak, chciałabym kiedyś poprowadzić męską drużynę ligową. To jest moje marzenie.
Rozmawiał Paweł Czado
Karolina Koch w „Betlejemce”. Fot. Paweł Czado
Betlejemka
Rozmowę przeprowadzaliśmy w „Betlejemce” – to pokój trenerski Karoliny Koch. Zanim drużyna męska wyprowadziła się na Nową Bukową, urzędował w nim Rafał Górak. Z czułością wspomina to miejsce. – Rzeczywiście, pokój trenerski na Bukowej tak właśnie nazwałem, bo on jest rzeczywiście bardzo mały i zawsze był bardzo skromny. Jednak rodziło się w nim coś wartościowego; zawsze miałem takie odczucia w stosunku do tego miejsca i stąd taka nazwa. Pamiętam, że gdy wychodziłem z niego ostatni raz, to łzy stanęły mi w oczach. Dziś cieszę się, że ten pokoik jest w dobrych rękach.
(pacz)
Rafał Górak o Karolinie Koch
Karolinę poznałem siedem lat temu. Przeszła u mnie dwa staże, przegadaliśmy dotąd wiele, wiele godzin o piłce. Mam nadzieję, że będę mógł z nią jeszcze wiele godzin na ten temat przegadać, jest bardzo merytoryczna. Kiedy się poznaliśmy, mówiłem jej, że musi tak pracować nad własnym warsztatem, żeby drużyna zawsze wiedziała po meczu, dlaczego wygrała albo przegrała. W tym zawodzie nie ma drogi na skróty. Bardzo doceniam naszą dzisiejszą przyjaźń.
(pacz)
