Kompani z tafli
To nie do pomyślenia, że Gdańsk nie ma drużyny w ekstralidze – mówią jednym głosem dwaj byli, wielce zasłużeni hokeiści Stoczniowca.
Stoczniowiec po awansie do I ligi. Sylwester Bagiński (pierwszy z lewej w górnym rzędzie) oraz Henryk Zabrocki (trzeci z lewej w dolnym rzędzie. Fot. archiwum klubowe
HOKEJ - Ocalić od zapomnienia
Nigdy nie wystąpili w reprezentacji, choć dobijali się do szerokiej kadry, ale konkurencja była mocna i trudno się było przebić przez grono etatowych reprezentantów, jednak w gdańskim Stoczniowcu byli czołowymi zawodnikami i na trwałe zapisali się w historii klubu. Sylwester Bagiński - były obrońca o potężnym uderzeniu - oraz Henryk Zabrocki - napastnik i później trener z sukcesami - bo o nich mowa, prezentują nienaganne sylwetki, bo dbają o tężyznę fizyczną. Gdyby przyszło do rywalizacji, niezależnie od dyscypliny sportu, w swojej kategorii wiekowej nie mieliby pewnie sobie równych.
Różne drogi
Hokej sprawił, że spotkali się w 1970 roku w Stoczniowcu i pasja do tej dyscypliny sprawiła, że ich znajomość przetrwała już ponad pół wieku. Teraz wspólnie siadają, by wspominać nie tylko wzloty, ale również niepowodzenia. Nim trafili do klubu, mieli okazję rywalizować w szkolnych zawodach. Ich droga do hokeja była różna. Henryk najpierw z pasją ślizgał się wokół domu w centrum, a potem trafił na stadion Wybrzeża, gdzie już można było rozgrywać zawody szkolne. W jednym z nich nie miał sobie równych i trener Antoni Hempel zaproponował mu regularne treningi. Potem przeniósł się rodzicami na Żabiankę i reprezentował klub Przymorze.
Z kolei tata Sylwka był gospodarzem na stadionie Polonii Gdańsk i przez wiele miesięcy grał w piłkę, a gdy powstało lodowisko, to uganiał się za krążkiem. Trener Bykowski kategorycznie oświadczył, że musi się zdecydować na jedną z dyscyplin. - Wybrałem hokej i wcale tego nie żałuję, jednak hokeistą poczułem się dopiero w momencie, gdy otrzymałem pierwsze honorarium za mecz w Gorzowie, w II lidze. Stocznia Północna była naszym zakładem opiekuńczym. Nieco później czułem się trochę nieswojo, gdy odbierałem wypłatę razem ze stoczniowcami.
Zgrana grupa
Pod koniec czerwca 1970 roku połączono Polonię Gdańsk oraz Stocznię Północną i tak powstał Stoczniowiec. Henryk z Sylwkiem wraz z kolegami stanowili zgraną paczkę i trudno się dziwić, że juniorski zespół z Gdańska zdobywał medale mistrzostw Polski: srebrny (1976) oraz brązowe (1974, 1975), a w kolejnych latach również plasował się wysoko. Gdańsk stał się ważnym ośrodkiem szkolenia młodzieżowego i wychował wielu juniorskich i potem seniorskich reprezentantów kraju.
Seniorska drużyna Stoczniowca należała do drugoligowej czołówki, gdzie występowało 16 drużyn (dzisiaj zaledwie 5!), podzielonych na dwie grupy. Z chwilą objęcia funkcji trenera przez Stefana Csoricha ambicję Stoczniowca wzrosły i po zwycięstwie w grupie północnej Gdańszczanie awansowali do ówczesnej 1. ligi. W tym zespole, oprócz naszych bohaterów, występowali m.in. Włodzimierz Olszewski późniejszy mistrz Polski z Zagłębiem, bracia Bogdan i Marian Csorichowie, Marek Kostecki, dzisiaj udzielny hokejowy „książę” i dzierżawca hali Olivia.
- To był czas, gdy Stoczniowcowi trudno było rywalizować z koalicją śląskich klubów czy też ze świetnym Podhalem, które było monopolistą na krajowej arenie - wyjawia Zabrocki. - W debiutanckim sezonie zdobyliśmy 6. miejsce i mieliśmy powody do satysfakcji. Przed nami były same tuzy, m.in. Podhale, Baildon Katowice czy Naprzód Janów, ale zdystansowaliśmy m.in. GKS Tychy, Zagłębie Sosnowiec czy Legię Warszawa.
Jak w kinie...
- Nie mam pojęcia, dlaczego w środowisku uchodziliśmy za najbardziej rozrywkowy zespół w lidze – uśmiecha się Sylwester. - Ta opinia w rzeczywistości była krzywdząca. Stanowiliśmy fajną grupę i każdy z nas starał się jak tylko potrafił. Owszem, był czas solidnej pracy, ale potrafiliśmy również się bawić. W lidze trudno było dorównać najlepszym, lecz nie pękałem, bo do ułomków nigdy nie należałem i teraz też odwiedzam siłownię. Nie bałem się twardych starć i nie stroniłem od potyczek bokserskich. Może komuś ustępowaliśmy umiejętnościami, ale byliśmy najlepiej wyposażoną ekipą. Wszystko się brało stąd, że przyjeżdżały do nas na towarzyskie spotkania szwedzkie drużyny i zostawiały sprzęt. Przy tej okazji trudno nie wspomnieć Marka Bąka, naszego kierownika, dla którego nie było rzeczy niemożliwej do załatwienia. Często bywało tak, że wyciągał pieniądze z własnej kieszeni i kupował co było potrzebne, a przecież to był dla nas wszystkich trudny czas...
- Hala Olivia to był trudny teren dla przyjezdnych drużyn i to z kilku powodów – uśmiecha się Henryk. - Przede wszystkim na mecze przychodził komplet publiczności i mocno nas wspierał, a ponadto w hali była dość wysoka temperatura, czego pomysłodawcą, o ile pamiętam, był „papa” Csorich. My byliśmy przyzwyczajeni do takich warunków, bo w nich trenowaliśmy. W środowisku żartowano, że mecz toczy się w cieplarnianych warunkach, jak w kinie. Pamiętam spotkanie z Podhalem, naszpikowanym reprezentantami kraju, które wygraliśmy 4:1. Temperatura (śmiech) nam sprzyjała, zaś rywale w ostatniej tercji ledwo powłóczyli nogami. Górale byli wściekli, bo uchodzili za zdecydowanego faworyta, a ograł ich „jakiś” Stoczniowiec.
Charakterne chłopaki
Stoczniowiec od zawsze uchodził za zespół ze „stali”. Hokeiści nie stronili od twardej gry i gdy zachodziła potrzeba, potrafili zdjąć rękawice i nie unikali starć bokserskich. Byłem ciekaw czy przechodzili specjalne szkolenie, wszak większość hokeistów z Trójmiasta to niesłychane twardziele.
- To przede wszystkim wynika z naszych charakterów – śmieje się Sylwek. - A moi młodsi koledzy mieli okazję na kimś się wzorować, bo twardzieli za moich czasów było sporo. Mój syn Adam, ledwo co nauczył się chodzić a już przebywał w hali i miał okazję podpatrywać jak gra ojciec i jego „wujkowie”. Większość wychowanków Stoczniowca należało i należy do charakternych (np. Maciej Urbanowicz – przyp. red.).
W sezonie 1977/78 Stoczniowiec zajął 7. miejsce, a potem spadł. Zarówno Henryk Zabrocki, jak i Sylwester Bagiński szukali swego miejsca poza Gdańskiem. Ten pierwszy poróżnił się z trenerem i przeniósł do Bydgoszczy, zaś drugi w czasach gdy sport był postrzegany jako piąte koło u wozu, wylądował w Baildonie. Nie zdołał się jednak zaaklimatyzować, a podróże na trasie Katowice-Gdańsk mocno dawały mu się we znaki. Zakończył grę jako 33-latek, bo uważano, że jest za stary. Potem wyjechał do Szwecji i grał w 2. lidze. - To był interesujący okres, a sprzęt miałem jaki tylko sobie mogłem wymarzyć - podsumował ten wyjazd.
Powrót hokeja?
Po sezonie 1978/79 Stoczniowiec spadł do 2. ligi, a potem nie mógł odzyskać miejsca w ekstralidze i dopiero w sezonie 1983/84 pojawił się na głównym szlaku. Nasi bohaterowie wybrali różne drogi zawodowe. Sylwester został ochroniarzem VIP-ów, m.in. biznesmenów, polityków i raczej nie chciał pozostać przy hokeju, choć od meczów oldbojów nie stronił, biorąc udział w wielu mistrzostwach Polski. Nic, jak sam twierdzi, go tak nie irytowało podczas tych turniejów jak brak zaangażowania znacznie młodszych kolegów. - W takich sytuacjach w szatni grzmiałem ile wlezie, bo wyjeżdża się na lód z myślą o wygranej – przekonuje Sylwester.
Natomiast Henryk, za namową trenera Jerzego Mależa, podczas jednego ze zgrupowań w Lesku pomagał mu w pracy. Od zawsze prowadził notatki, miał okazję współpracować z kilkoma szkoleniowcami i tak zaczął pracę trenerską. Był przy największych sukcesach Stoczniowca. Dwa razy doprowadził zespół do 4. miejsca i był współtwórcą brązowego medalu w 2003 roku; pierwszym trenerem był Marian Pysz. Wraz z hokeistkami Stoczniowca zdobył też złoty medal w 2015 roku, a w swojej kolekcji ma również kilka srebrnych krążków, nie licząc sukcesów z zespołami młodzieżowymi. Przez dwa sezony (2007 i 2008) był drugim trenerem reprezentacji, gdy kierował nią Rudolf Rohaczek. Ma prawo czuć się spełniony.
Czy jest możliwy powrót Gdańska do Tauron Hokej Ligi? Obaj panowie dłuższą chwilę milczą i o wspomnianym już Marku Kosteckim, swoim koledze z drużyny, a dziś dzierżawcą hali Olivia, nie chcą rozmawiać.
Obecnie w Gdańsku działają dwa kluby: Stoczniowiec pod egidą prezesa Kosteckiego oraz Fudeko GAS. Ten drugi zespół rozgrywa mecze w... Elblągu, bo nie może dojść do porozumienia z dzierżawcą hali, który nie uznaje konkurencji, delikatnie rzecz ujmując.
- Na pewno miasto stać na hokej i jest spore zainteresowanie kibiców – mówi Sylwester. - Ta dyscyplina wymaga możnego sponsora oraz wsparcia samorządu. Trzeba jednak dobrej woli i porozumienia w środowisku.
- Marzymy, by zespół powrócił do ekstraligi, ale gdy nie ma zgody na hokejowym podwórku, to trudno o stworzenie warunków dla drużyny – dodaje Henryk.
Stoczniowiec to dziś uznana firma tylko z nazwy, zaś Fudeko GAS powoli tworzy fundamenty pod zawodowy zespół. Jeżeli jednak nie będzie miał bazy, to wszystko może pójść w zapomnienie. Marek Kostecki to „pan” na swoich włościach (czytaj hali Olivia) i jeżeli nie zmieni zdania, to o silnym zespole na poziomie THL trzeba tam zapomnieć.
Włodzimierz Sowiński
Sylwester Bagiński (z lewej) i Henryk Zabrocki - starsi panowie dwaj, a w sercu ciągle maj... Fot. archiwum domowe
