Kolacja na cztery ręce

„Ezi”, czyli polskie rozmowy i rozmyślania o polskich i śląskich losach… Teatr Telewizji przygotowuje niecodzienny spektakl!

Kazimierz Górski (Zbigniew Zamachowski) w rozmowie z Ernestem Wilimowskim (Andrzejem Chyrą) w Sonne Post (Domu Wczasowym Relaks) w Murrhadt (Wiśle). Fot. Przemysław Jendroska

Początek 1982 roku był w Wiśle mroźny i śnieżny. Antoni Piechniczek nie miał jednak litości dla podopiecznych, którzy szykowali się do turnieju Espana'82: przeganiał ich po okolicznych górach, czasem w śniegu sięgającym kolan, by – jak mawiano wówczas - „naładować akumulatory”. Beskidzka miejscowość i ośrodek „Start”, będący bazą ówczesnych kadrowiczów, weszły w ten sposób do historii polskiej piłki.

Relaks w Sonne Post

Teraz – za sprawą Janusza Zaorskiego, reżysera spektaklu „Ezi” – w tę historię wkracza także położony kilometr od „Startu” ośrodek wypoczynkowy „Relaks”. Wkracza w sposób specyficzny, bo odgrywając w sztuce przygotowywanej dla Teatru Telewizji rolę pensjonatu „Sonne Post” w miasteczku Murrhardt. To stamtąd legendarne Orły Górskiego ruszały na podbój piłkarskiego świata, bo jak inaczej nazwać ich sensacyjne 3. miejsce w zachodnioniemieckich finałach mistrzostw świata ponad pół wieku temu?

Janusz Zaorski wie, że dokonał właściwych wyborów. Fot. Przemysław Jendroska

Ten upływ czasu ma swoje znaczenie. – Znalezienie odpowiedniego obiektu, który z jednej strony nie był nadmiernie wyremontowany w nowoczesną stronę, a z drugiej nie był zupełnie zniszczony, trwało dość długo – mówi scenograf spektaklu, Jerzy Talik. Rozważano m.in. wciąż funkcjonujący w tej samej roli ośrodek przygotowań w Rybniku-Kamieniu, z którego rzeczywiście korzystała kadra Kazimierza Górskiego, przygotowując się do kolejnych meczów na Stadionie Śląskim, narodowej arenie piłkarskiej w owych czasach. Ostatecznie jednak postawiono właśnie na „Relaks”.

Nad kartami „Kickera”

Stajemy w drzwiach „Relaksu”. Z lewej kontuar, na nim malutkie flagi narodowe Polski i Niemiec (choć – pozostając w klimacie sprzed półwiecza – powinniśmy napisać: Republiki Federalnej Niemiec). Nad nimi – napis „Rezeption”: przecież jesteśmy na „Weltmeisterschaft'74”!

Na prawo, przy niskim stoliczku z rozłożonym na nim oryginalnym numerem „Kickera”, siedzi... Antoni Piechniczek. Prawdziwy! Nieprzypadkowo. – Byłem na mistrzostwach świata w Niemczech w roli obserwatora. To był ważny moment w moim trenerskim rozwoju – powie nam selekcjoner, który we wspomnianym 1982 roku powtórzył z drużyną sukces Orłów Górskiego. Kiedy Janusz Zaorski dowiedział się, że legendarny szkoleniowiec mieszka niespełna dwa kilometry dalej, natychmiast zaprosił go na plan.

Grudzień, czyli lipiec

Przepiękne czerwone fotele, na których na moment przysiedliśmy się do Antoniego Piechniczka, wypożyczono z warszawskiej siedziby TVP przy Woronicza. – Dziś, wraz z lampami kupionymi specjalnie na potrzeby tego spektaklu, tworzą eleganckie, spokojne tło dla jego głównych bohaterów. I dla polskich rozmów o polskich losach – mówi nam Monika Kurosad, dekoratorka wnętrz, która m.in. w oparciu o oryginalne zdjęcia z lat 70. wyczarowała w „Relaksie” klimat „Sonne Post”. – Właściwie było tu wszystko, czego potrzebowaliśmy: znakomite wnętrza, proporcje, cudowne okna, świetne posadzki i boazeria. My wprowadziliśmy w to piękne meble z epoki i wspomniane już przeze mnie lampy – dodaje nasza rozmówczyni. – I jeszcze mnóstwo żywych kwiatów, o które prosił reżyser. Bo przecież – choć mamy dziś grudzień – jesteśmy w lipcu, w środku lata.

Propaganda kontra historia

Polskie rozmowy o polskich losach to istota spektaklu „Ezi”. Robert Talarczyk, dyrektor Teatru Śląskiego w Katowicach i piewca śląskości, stworzył własne wyobrażenie spotkania Kazimierza Górskiego z Ernestem Wilimowskim. Spotkania krótkiego, bo choć każdy w piłkarskim środowisku owych czasów wiedział, kim był „Ezi”, PRL-owska propaganda „wygumkowała” największego polskiego piłkarza z kart historii. Kiedy więc dwie legendy stanęły naprzeciw siebie w „Sonne Post”, pełne były onieśmielenia i skrępowania. Tak naprawdę wymieniły ledwie parę zdań, które pan Kazimierz odnotował w swych pamiętnikach, udostępnionych po zmianie ustroju, gdy historycy rodzimej piłki mogli rozpocząć proces przywracania opinii publicznej jej prawdziwych dziejów, w tym i osoby Wilimowskiego właśnie.

Założenie przypomina trochę „Kolację na cztery ręce” – sztukę Paula Barza opartą o fikcyjne spotkanie słynnych kompozytorów, Haendla i Bacha w 1747 roku. Teatr Telewizji nakręcił ten spektakl w 1990 roku. Reżyserem był Kazimierz Kutz, Bachem – Janusz Gajos, Haendlem – Roman Wilhelmi. Cóż, oba pomysły dają ludziom teatru ogromne możliwości…

Zbigniew Zamachowski był świadkiem sukcesów Orłów Górskiego. Fot. Przemysław Jendroska

Świat nie jest idealny

W spektaklu „Ezi” Wilimowskim jest Andrzej Chyra, a Górskim – Zbigniew Zamachowski.

– Na zawsze zapamiętałem lekcję, jakiej udzielił mi Andrzej Wajda. „Reżyser potrzebuje dwóch momentów iluminacji: kiedy wybiera tekst i kiedy wybiera aktorów. To 90 procent sukcesu” – mówił mi wtedy. Mam nadzieję, że właściwie wybrałem – mówi Janusz Zaorski, przybliżając kulisy obsady ról głównych bohaterów (rozmowę z reżyserem przeczytacie w kolejnych wydaniach „Sportu”).

– Bardzo lubimy upraszczać historię, widzieć ją w czarno-białych kolorach, obsadzać swoich bohaterów w dobrych lub złych rolach. Ale tutaj jest historia człowieka, który przez swój talent nie może uwolnić się od grania. Oczywiście można powiedzieć, że pewne wybory niosą ze sobą pewne konsekwencje. Jednak życie nie jest idealne, świat nie jest idealny. Natomiast my się zastanawiamy nad okolicznościami, które spowodowały, że Wilimowski znalazł się w Niemczech – opowiada Andrzej Chyra.

Zeszyt na napisem „Kadra”

Zaglądamy jeszcze na plan zdjęciowy, do „sali odpraw”, w której Kazimierz Górski przedstawiał podopiecznym rywali i kreślił zwycięską taktykę. Za chwilę te wnętrza ożyją. Pojawią się w nich statyści – uczniowie wiślańskiego liceum, odgrywający role ówczesnych reprezentantów kraju. Na stołach termosy z kawą, filiżanki, literatki na wodę mineralną. I zeszyt opisany ręką selekcjonera: „KADRA NARODOWA. MECZE 1974”. W centralnym miejscu sali telewizor kineskopowy. To na nim za chwilę zawodnicy obejrzą dobre i gorsze fragmenty swych meczów poprzedzających frankfurckie starcie z RFN o prawo gry w wielkim finale: ten bój przejdzie do historii jako „Mecz na wodzie”. Z boku stoliczek z syfonem, obok adapter z winylową płytą na talerzu. Może to Czerwone Gitary, a może ABBA – latem 1974 była przecież na topie, bo trzy miesiące wcześniej utworem „Waterloo” wygrała konkurs Eurowizji...

Dyskretnie opuszczamy „salę odpraw”. Już wiemy, że w lutym 2026 z niecierpliwością wyczekiwać będziemy momentu, w którym „Ezi” znajdzie się w ramówce TVP...

Dariusz Leśnikowski, Paweł Czado


Pół wieku temu moje zainteresowania niekoniecznie kierowały się w stronę sportu. Ale mistrzostwa świata, a szczególnie „Mecz na wodzie” pamiętam, bo trudno było przejść obojętnie obok tych wydarzeń. Mieszkałem wówczas w akademiku, a moi szlachetni koledzy kochali futbol. Chcąc nie chcąc, zostałem wtłoczony w kibicowanie.

(Jerzy Talik, scenograf spektaklu „Ezi”)


Materiał premium

Dalsza część jest dostępna dla subskrybentów

Odblokuj pełne wydanie i korzystaj bez ograniczeń. Czytaj ekskluzywne wywiady, analizy i felietony sportowe. Słuchaj podcastów oraz oglądaj materiały wideo.

Zobacz pakiety i odblokuj wydanie

Dostęp od 12,50 zł • BLIK / karta • Anulujesz online, kiedy chcesz

Masz już dostęp? Zaloguj się