Kogo zatopi piłkarska afera nagraniowa?
PARAGRAFY I SPORT - felieton Roberta Kiłdanowicza
Żyjemy w tak szalonych i zwariowanych czasach, że nawet polska piłka nożna dorobiła się swojej afery nagraniowej. W ogóle to chyba jakaś nasza nowa cecha narodowa, że wkoło nas wszyscy nagrywają wszystkich nawzajem. Jakaś ogólnopolska obsesja, że każdy chce się zabezpieczyć, produkując kompromaty (materiały kompromitujące) na wszelki wypadek, nagrywając swoich przeciwników i przyjaciół, którzy za chwilę mogą przestać nimi być.
Kilka dni temu wybuchła sportowa, medialna awantura, polegająca na tym, że sekretarz generalny PZPN potajemnie nagrywał prezesa i członka zarządu po wspólnej kolacji z bossem FIFA Infantino, wizytującym Katowice na inaugurację Mistrzostw Świata U-20 kobiet. Łukasz Wachowski odprowadzał wraz z członkiem zarządu Bartoszem Rytem szefa PZPN Cezarego Kuleszę do pokoju hotelowego. Pikanterii wydarzeniu dodaje fakt, że pan Ryt zauważył tę nieprzyzwoitą czynność sekretarza generalnego i zażądał od niego dostępu do telefonu, który mu go... udzielił. Ryt wykasował kompromitujące nagranie z telefonu sekretarza Wachowskiego...
Nadmienić przy tym wypada, że Wachowski i Ryt są prawnikami. Oznacza to dokładnie, że powinni być zorientowani, iż potajemne nagrywanie jest czynem niedozwolonym, a dalsze wykorzystywanie tegoż nagrania celem wymuszania na innych określonego zachowania (szantażu) rodzi nawet odpowiedzialność karną. Nie wspominając o etyczno-moralnym aspekcie tej sprawy - ale kto się przejmuje dzisiaj taką błahostką...
I tutaj właśnie dotykamy clou problemu. Nie wszystko jest w tej historii czytelne i logiczne. Żaden z dziennikarzy i ekspertów medialno-sportowych nie przeanalizował wiarygodnie motywów tej afery. My, z racji miejsca jej zdarzenia (Katowice) i wydarzenia sportowego, które miało miejsce na terenie stolicy Górnego Śląska, czujemy się w obowiązku nieco rozszyfrować tę historię.
No bo po co nagrywać kompromitujące Cezarego Kuleszę materiały, skoro nie będzie on już kandydował w następnych wyborach (kończy drugą kadencję i zgodnie z wymogami prawnymi nie może startować)? Jeśli już Wachowski miał kogoś nagrywać, to tylko „popisy” Ryta - „czarnego konia” przyszłych wyborów. A jeśli jest to prawda, to po co miał udzielać dostępu do swojego telefonu pretendentowi do fotela prezesa?
W tej całej historii więcej jest znaków zapytania niż rzeczy pewnych. A gdy mamy do czynienia z taką sytuacją, to należy sięgać do początku, do źródła historii. Wachowski jako sekretarz generalny również ogłosił niedawno, że będzie kandydował na prezesa federacji. Jego tłumaczenie w tej całej awanturze jest tak enigmatyczno-wieloznaczne, że „niczego nie potwierdza i niczemu nie zaprzecza”.
Na marginesie tej całej sytuacji wydaje się, że znaleźliśmy głównego reżysera filmu z aktorami Bortniczukiem, Mejzą i Kuleszą, którzy w serdecznym kręgu przyjaciół śpiewają papieską „Barkę” różnymi liniami melodyjnymi - dotychczas pozostawał on nieznany. W tym całym galimatiasie należałoby sięgnąć do starożytnej łaciny cui bono qui prodest - czyje dobro, tego sprawka. Kto korzysta na tej awanturze? Najprawdopodobniej cała ta rozpętana intryga sprowadza się do tego, aby wyeliminować z wyścigu o fotel szefa PZPN Łukasza Wachowskiego i odwołanie go z funkcji sekretarza generalnego PZPN na posiedzeniu zarządu w piątek 25 września (piszę te słowa wieczorem dzień wcześniej). Ta konieczna stygmatyzacja Wachowskiego - który de facto był najpoważniejszym kandydatem - to wstęp do brutalnej walki wyborczej.
Media zaś zostały wykorzystane i wprzęgnięte do tej szytej grubymi nićmi intrygi. To bezsporne, że dziennikarze zostali wykorzystani jako pożyteczni idioci, a jeszcze gorzej gdyby okazało się, że jako czynni przedstawiciele jednej z frakcji pezetpenowskiej w sporze. Cóż zrobić, takiż to upadek obyczajów naszych czasów.
Kończąc wątek wyborczy, jeśli Wachowski właściwie to rozegra, to nawet po jego odwołaniu może pozostać głównym z kandydatów na stanowisko prezesa PZPN. Jest kilka przesłanek, które za tym przemawiają: ma ugruntowaną pozycję w środowisku, dobrze zna angielski (jest tłumaczem prezesa Kuleszy na forum międzynarodowym) i jest rozpoznawalny na salonach UEFA i FIFA - te okoliczności mu sprzyjają. Cieniem na jego kandydaturze kładzie się jego aktywność dotycząca „ukrytej kamery”, bo to może go wiązać z wszelkimi wstecznie wypływającymi aferkami, np. w ostatnim czasie nadużywaniem spożywanego alkoholu. A tego brać działaczy piłkarskich może nie zdzierżyć - posługując się ich fałszywie pojętą solidarnością grupową.
W tej sprawie najsmutniejszym jest fakt, że całe środowisko piłkarskie zajmuje się aferą nagraniową, analizując jej warianty i dyskutując o przyszłym przebiegu wydarzeń. A chciałoby się w tym miejscu zapytać, gdzie jest w tym wszystkim sport, piłka nożna? Może o tym porozmawialiby publicznie? Co zrobić, żeby usportowić Polaków, podnieść słaby (w stosunku do możliwości, np. finansowych) poziom polskiego futbolu (pisałem o tym w ubiegłym tygodniu). Gdy nasza reprezentacja będzie walczyła o utrzymanie w dywizji B Ligi Narodów UEFA i wszyscy będą zwalniali ze stanowiska Jana Urbana, brak będzie refleksji nad stanem poziomu merytorycznego naszych trenerów i piłkarzy i ich przyczyn.
A najlepszą - choć brutalną - weryfikacją jest zawsze rynek. No więc europejski futbolowy rynek wyrzucił polskich trenerów i piłkarzy na margines swojego funkcjonowania. Może nad tym trzeba się pozastanawiać i wdrożyć w końcu jakiś sensowny plan naprawczy podnoszący ich merytoryczny poziom, a nie zajmować się kwestiami, kto kogo i w jakim stanie potajemnie nagrywał?
_______________________________________
* Robert Kiłdanowicz jest doktorem nauk prawnych. W przeszłości występował m.in. w I-ligowych (wg dzisiejszego nazewnictwa ekstraklasowych) zespołach Stomilu Olsztyn, Widzewa Łódź czy Śląska Wrocław.
Jeśli Łukasz Wachowski właściwie to rozegra, to nawet po jego odwołaniu może pozostać głównym z kandydatów na stanowisko prezesa PZPN po Cezarym Kuleszy. Fot. PAP/Leszek Szymański
