Klasyk, czyli powtórka z...
Półfinałowe szanse GieKSy i Unii szacuje się po połowie, ale kibice jednej i drugiej drużyny nie dopuszczają myśli o przegranej.
Bramkarz Linus Lundin na pewno stoczy wiele potyczek z napastnikami GKS-u Katowice. Fot. PressFocus
TAURON HOKEJ LIGA
Rywalizacja zespołów z Katowic i Oświęcimia to niewątpliwie hokejowy klasyk. Dwa lata temu Unia w ostatnim meczu finałowym, golem Marka Kaleinikowasa w dogrywce, zapewniła sobie 9. tytuł mistrzowski. W poprzednim sezonie w półfinale podopieczni trenera Jacka Płachty wygrali w serii 4-2 i znaleźli się w finale, ostatecznie zdobywając wicemistrzostwo. A jak będzie teraz? Kibice jednej i drugiej drużyny wiedzą swoje, jednak tylko jeden zespół będzie miał szansę na upragnione złoto.
Pod napięciem
Podczas piątkowych zajęć GKS-u wyczuwało się ogromne napięcie zarówno u zawodników z małym stażem ligowym, jak i u „starszyzny” oraz sztabu szkoleniowego. Trenerzy zachęcani, by porozmawiać, odsyłali do dyrektora sportowego Rocha Bogłowskiego, a ten z kolei wskazywał na trenerów, bo przecież oni na tę chwilę są najważniejsi, jednak dobrze wychowana młodzież, na szczęście, nie unikała wymiany zdań, choć na pewno miałaby większe powody do stresu.
- Ostatni finał z Unią przegrany w dogrywce pamiętam jak przez mgłę, bo takie mi towarzyszyły emocje i presja – uśmiechał się obrońca Kacper Maciaś z zapałem kręcący na rowerze stacjonarnym. - No cóż, wszystko jednak się zmienia, bo przecież są inne składy, jesteśmy coraz starsi, bardziej doświadczeni. Żeby grać w finale najpierw trzeba wygrać półfinał, a mamy rywala z najwyższej półki, bo przecież co sezon gra o najwyższe laury. My też jednak nie jesteśmy od macochy, bo przecież cztery finały z rzędu to również niebywałe osiągnięcie i jesteśmy odpowiednio zmotywowani oraz świadomi swojej szansy. Nie ma jednego elementu, który może zadecydować o naszej wygranej. Nasza skuteczność oraz w gra w liczebnej przewadze ciągle pozostawiają wiele do życzenia. Gdybyśmy wykorzystali sporo dogodnych sytuacji, wówczas bylibyśmy w innym miejscu. Teraz przed nami najpiękniejszy czas, bo w sezonie zasadniczym tak na dobre gramy o rozstawienie, bo skład play offu jest od początku znany. Dopiero teraz zaczyna się prawdziwe granie. To już mój czwarty play off, starzeję się (śmiech), ale moja pozycja w zespole, tak mi się wydaje, jest ugruntowana. Znajdziemy się w finale, ale nie wiem jaki będzie przebieg serii.
- Mnie się wydaje, że będzie 4-2, choć wolałbym 4-0 – dodaje młody napastnik Jonasz Hofman, który nie tylko zadebiutował w reprezentacji, ale sezon zapisuje na plus. - Fajnie, że mam „swoje” minuty na lodzie, ale teraz będzie coraz trudniej. Wprawdzie meczu Unii z Toruniem nie widziałem, bo w tym czasie byłem w siłowni, ale wiem, że wszystko wisiało na włosku. Nie ma jednego elementu, który zadecyduje o tej rywalizacji. Na szczęście, przestaliśmy faulować w takich ilościach jak w sezonie zasadniczym. Ostatnio wystrzegamy się przewinień jak ognia i nie robimy „głupich” fauli w strefie neutralnej czy u przeciwnika. Wynika to z odpowiedniego przygotowania szybkościowego. Fizycznie i mentalnie nie mamy sobie nic do zarzucenia, ale rywal po wygraniu tak emocjonującej serii może powiedzieć to samo.
Zapowiada się wielce ciekawa rywalizacja i może dostarczyć nie tylko emocji, ale nieoczekiwanych zwrotów akcji.
Niewykorzystany potencjał
- Nie przystoi, by drużyna z takim potencjałem kończyła sezon 12 marca – wyznał trener Robert Kalaber, który chyba podczas ostatniego meczu miał stan przedzawałowy. Unia okazała się lepsza od toruńskiego zespołu po dogrywce w siódmym meczu. Po końcowym gwizdku oddech ulgi był słychać na lodowisku, bo Kalaber, stojący pod ścianą, przedłużył swoj pobyt w Oświęcimiu, przynajmniej do końca gry o medale.
- Toruń od początku sezonu nie był dla nas wygodnym przeciwnikiem. Zdecydowanie najmniej z nim chcieliśmy grać, a właśnie tak trafiliśmy. Nikt z topowej czwórki moim zdaniem nie chciał grać z Energą. Spójrzmy tylko ile bramek zdobyli Torunianie na przestrzeni całego sezonu. Byli w czubie i rywalizowali z najlepszymi pod względem liczby goli. Padło na nas, więc musieliśmy się wykazać charakterem, by tę serię wygrać. Cieszę się że to już za nami, bo kosztowało nas to dużo nerwów. Najważniejsze, że w newralgicznym momencie pokazaliśmy charakter i nie poddaliśmy się - powiedział kapitan Bbiało-niebieskich, Radosław Galant.
Teraz hokeistom z Oświęcimia przyjdzie potykać z ekipą GieKSy, z którą trzy razy wygrali w sezonie zasadniczym.
- Owszem mamy z Katowicami lepszy bilans, ale w tej fazie sezonu nie ma to najmniejszego znaczenia. Nie zakładamy tego,czy będzie nam nieco łatwiej z takim rywalem. Na pewno Toruń był dla nas najbardziej niewygodnym przeciwnikiem. Na razie musimy się skupić na tym, by jak najlepiej się przygotować. Czasu nie zostało wiele. Być może ta rywalizacja będzie dla nas łatwiejsza, choć to na pewno nie jest słabsza drużyna - dodał Galant.
Na pewno w półfinale czeka nas bój dwóch równych zespołów. Pokazał to sezon zasadniczy, gdzie wszystko rozstrzygnęło się w dwóch ostatnich kolejkach, a dystans dzielący obie drużyny wynosił zaledwie sześć punktów. Na każdej pozycji obie drużyny mają bardzo ciekawych zawodników. Począwszy od bramki, a skończywszy na ostatniej formacji. Oświęcimianie swoją siłę rażenia skupiają głównie wokół Ville Heikkinena, który w play offie stał się najskuteczniejszym zawodnikiem Unii. Podopieczni Jacka Płachty nie mogą też pozostawiać bez opieki takich graczy jak Daniel Olsson-Trkulja czy Mika Partanen.
Powszechny strach w Oświęcimiu budzi jednak Bartosz Fraszko, który przez lata wyrobił sobie markę jako „kat” Unii. Napastnik GieKSy ma patent na Oświęcimian, co nie ulega wątpliwości, jednak czy trener Kalaber znajdzie receptę by go zatrzymać? O tym przekonamy się już niebawem.
TAURON HOKEJ LIGA
Niedziela, 15 marca
◼ KATOWICE, 18.30: GKS – Unia Oświęcim
* - wyniki meczów w sezonie zasadniczym
** - mecz transmitowany przez tvp.sport.pl
Włodzimierz Sowiński
