Kiedy ze sceny zejść...

POWRÓT DO KORZENI, cotygodniowy felieton Michała Listkiewicza

Wielokrotnie publicznie wyrażałem opinię na temat działań Prezesa PKOL Radosława Piesiewicza i jego konfliktu z ministerstwem sportu. Poprzedni minister Sławomir Nitras to typowy polityczny rewolwerowiec, strzela pierwszy, by samemu nie zostać trafionym, niczym szeryf w westernie. To nie kiepskie zarządzanie powierzonym mu resortem, a nieudolne kierowanie kampanią wyborczą niedoszłego Prezydenta Rafała Trzaskowskiego zdecydowało o odesłaniu go na boczny przez premiera. Teraz za sport i turystykę odpowiada Jakub Rutnicki i idzie mu dużo lepiej, choćby z tego powodu, że sam uprawiał sport na niezłym poziomie, a obecność na amatorskich wydarzeniach rekreacyjnych to jego żywioł. Jednak nawet on nie zdzierżył i jasno wskazał szefowi PKOL drogę ku wyjściu ze sceny. Wtóruje mu zdecydowana większość sterników polskich związków sportowych z wyjątkiem mistrza zapaśniczej maty Andrzeja Suprona.

Przed rokiem sytuację na linii Polski Komitet Olimpijski - Ministerstwo Sportu określałem jako typowe „złapał Kozak Tatarzyna, a Tatarzyn za łeb trzyma”. Teraz sytuacja się zmieniła, to Piesiewicz jest sprowadzony do parteru, gdyż minister Rutnicki ma po swojej stronie opinię publiczną, czyli gra na własnym boisku. Znałem wszystkich Prezesów PKOL ostatniego półwiecza. Byli w pewnym sensie wizjonerami, ich drogę wyznaczał olimpijski duch. Marian Renke, Aleksander Kwaśniewski, Andrzej Szalewicz, Stefan Paszczyk, Piotr Nurowski, Andrzej Kraśnicki byli ludźmi z innej galaktyki niż Radosław Piesiewicz. Owszem, nie można mu odmówić woli walki, odporności, swoistej charyzmy, ale to może być przydatne w zarządzaniu prywatnym biznesem, lecz nie ikoniczną instytucją sportową. Po wybuchu afery bitcoinowej sytuacja Piesiewicza jest coraz gorsza i tylko on sam zdaje się tego nie dostrzegać. Chyba już za późno, by ze sceny zejść niepokonanym.

Na przeciwnym biegunie jest wielki trener żeńskiej koszykówki, Ludwik Miętta-Mikołajewicz, który został przyjęty do Galerii Sław FIBA. Jest pierwszym polskim szkoleniowcem, dołączył do zawodników Małgorzaty Dydek i Mieczysława Łopatki oraz działacza Mariana Kozłowskiego. To humanista pełną gębą, człowiek światły, oczytany, świetny pedagog i psycholog. Wychował wiele pokoleń wspaniałych zawodniczek, z jego książek uczą się liczni następcy, a fani basketu dowiadują się fascynujących historii z najlepszych czasów polskiej koszykówki. Życzenie Ludwikowi 100 lat to nietakt w jego wieku, choć mocy intelektu mógłby mu pozazdrościć niejeden w sile wieku. Życzę zatem zdrowia i proszę o dzielenie się z nami rozległą wiedzą przez wiele długich lat.

Nie jestem fanem gal bokserskich, wychowałem się na klasykach pięściarstwa ze Zbigniewem Pietrzykowskim, Jerzym Kulejem, Marianem Kasprzykiem i Józefem Grudniem na czele, a trenera Feliksa Stamma uważam za geniusza. Współczesna młócka w ringu mnie nudzi. Namówiony przez kolegę udałem się jednak do Kościerzyny, bardziej z ciekawości niż z potrzeby. Towarzystwo wokół ringu mieszane, z niektórymi wolałbym nie spotkać się w ciemnej ulicy. Z 10 walk tylko dwie były na poziomie, a hit wieczoru trwał krócej niż powitanie obecnego na imprezie Prezydenta Karola Nawrockiego. Kaszubski tur Kacper Meyna odciął prąd rzekomo utytułowanemu rywalowi z Ameryki i wygrał przez błyskawiczny nokaut, co wielu ucieszyło, bo dania już stygły, a wódka się grzała. Prezydentowi Karolowi Nawrockiemu wydarzenie wyraźnie przypadło do gustu. Cóż, de gustibus non est disputandum, wolę piłkę nożną, koszykową, siatkową, ręczną, a nawet wodną. Każde autentyczne zainteresowanie zasługuje jednak na szacunek o ile dotyczy kultury, sportu, polityki, biznesu, a nie patologii jak używki, przemoc, pornografia. To oczywiście nie jest przytyk personalny do kogokolwiek mi znanego, a uwaga ogólna.

Przysłuchiwałem się rozprawie doktorskiej na jednej z trójmiejskich uczelni. Poziom komentarzy recenzentów z tytułami profesorskimi unaocznił mi jak kiepsko stoi dziś polskie szkolnictwo wyższe. W światowym rankingu wyższych uczelni najlepsza polska alma mater zamyka czwartą setkę. W akademickich dyskusjach mało jest życia, a dużo dogmatyzmu. W tym przypadku sama praca o zarządzaniu regionalnym związkiem sportowym była ciekawsza niż profesorska dyskusja o niej. Co gorsza za działalność pseudonaukową biorą się amatorzy bez dorobku. Przykładem dyplomacja sportowa, na której cokolwiek się znam. Ze zdumieniem zauważyłem istnienie instytutu dyplomacji sportowej prowadzonego przez osoby w tym świecie anonimowe. A przecież mamy w tej dziedzinie wybitnych fachowców z ogromnym dorobkiem i rozpoznawalnością międzynarodową. Wydział Dyplomacji Sportowej powstaje właśnie na wyższej uczelni w Bułgarii. Kiedy w Polsce ?

Mateusz Dróżdż to działacz młody a już „legendarny”. Tylko czy to legenda pozytywna? W czasach gdy liczy się klikalność w sieci, to naprawdę mało ważne. „Mój mąż jest z zawodu dyrektorem” - ten cytat z kultowego filmu Stanisława Barei „Poszukiwany, poszukiwana” jako żywo pasuje do byłego już Prezesa Zagłębia Lubin, Widzewa Łódź i Cracovii. Z każdego klubu odchodził skonfliktowany z otoczeniem. Nic to, przecież małżonka zawsze może z dumą powiedzieć: „mój mąż jest z zawodu prezesem klubu ligowego”...

Prawie wszyscy prezesi związków sportowych chcą odejścia Radosława Piesiewicza. Fot. Marcin Bulanda/PressFocus.pl

Materiał premium

Dalsza część jest dostępna dla subskrybentów

Odblokuj pełne wydanie i korzystaj bez ograniczeń. Czytaj ekskluzywne wywiady, analizy i felietony sportowe. Słuchaj podcastów oraz oglądaj materiały wideo.

Zobacz pakiety i odblokuj wydanie

Dostęp od 12,50 zł • BLIK / karta • Anulujesz online, kiedy chcesz

Masz już dostęp? Zaloguj się