Kiedy zacząć się bać?
Z DRUGIEJ STRONY - Andrzej Grygierczyk
Człowiek widzi, czyta i słyszy, że młody człowiek, nazwiskiem Oskar Pietuszewski, bardzo dobrze kopie piłkę. Tak dobrze, że nie byle jaki klub, FC Porto, dał za niego Jagiellonii Białystok 10 mln euro. Na wszelki wypadek umowę opatrzono zastrzeżeniem, że jakby Pietuszewski powędrował wyżej w europejskiej hierarchii klubowej, to i kasa na bonusy dla Jagi się znajdzie.
Ten i ów w Polsce przed paroma dniami musiał dodatkowo obrosnąć dumą, bo Pietuszewski szybko zadebiutował w nowym klubie, wywalczył rzut karny i jeszcze dołożył się do wyrzucenia z boiska jednego z rywali po dwóch żółtych kartkach. No! To się nazywa debiut! Zwłaszcza jeśli się ma niespełna 18 lat!
I w tym momencie zaczynam się... bać. Nie o potencjał piłkarski młodego chłopaka, nie o jego umiejętności, nie o jego siły, ale o jego głowę. Co tu dużo mówić, można dostać do głowy właśnie, jeśli nagle uświadamiasz sobie, że dali za ciebie 10 mln euro, że miliony ludzi zaczynają śledzić twój każdy krok, że stajesz się obiektem niekłamanego podziwu, że tysiące ludzi na rozmaitych stadionach zaczynają skandować twoje imię i nazwisko, że z wszelkiego rodzaju mediów dobiegają nawoływania: do kadry go! Oczywiście do pierwszej kadry, nie tej młodzieżowej; no i jeśli przestajesz spokojnie iść jakąkolwiek ulicą, jak to bywało wcześniej – niezauważony, anonimowy.
Ci, co Oskara znają, a zwłaszcza ci, którzy mieli wpływ na jego rozwój – w tym trenerzy – zwracają uwagę na jego charakter, swego rodzaju (sportową) bezczelność i odwagę w podejmowaniu akcji, podkreślając jednocześnie, że to nie obciążenie, a atut, za którego sprawą może się piąć w piłkarskiej hierarchii. Przy okazji da się słyszeć, że zbliżone cechy charakteru miał (ma) Zbigniew Boniek, który jeszcze 20 lat nie skończył, a już chciał wodzić w kadrze rej. Potem zresztą przez lata wodził...
No ale każdy człowiek jest inny, jeden wytrzyma ciśnienie – najlepiej, jeśli będzie się to dziać ze wsparciem rodziny czy też przyjaciół, w każdym razie tych wszystkich, którzy dobrze mu życzą – inny sobie z nim nie poradzi, odleci w niezbadane rejony psychiki i już z nich nie wróci, bo pochłoną go pieniądze, chwilowa sława, mniejsze czy większe, acz często fałszywe uwielbienie mas. Czy trzeba tu odwoływać się do konkretnych przykładów? I to przykładów karier, które dotychczasowej karierze Oskara w żaden sposób nie dorównały?
Cieszmy się więc tym, co prezentuje na boisku i życzmy mu, sobie i całej polskiej piłce, by się wciąż rozwijał, a jednocześnie trzymajmy kciuki za to, by głowę miał chłodną, pełną rezerwy w stosunku do samego siebie, a także krzyku tłumów, pamiętając o tej – wiecznie aktualnej – maksymie, że łaska kibiców na pstrym koniu jeździ; no i że warto mieć dystans do siebie zarówno w chwilach sukcesów, jak i niepowodzeń.
I jeszcze jedno: 10 mln euro za Oskara robi wrażenie dlatego, że jeszcze nikt nigdy nie dał tyle za tak młodegopolskiego piłkarza, biorąc pod uwagę tych, którzy przenosili się (przenoszą) bezpośrednio z polskiej ligi do klubów zagranicznych. Ale zarazem pamiętajmy o tym, że podobnych cenowo transferów z krajów na przykład bałkańskich do zachodnich lig jest na pęczki. To zatem, co tam jest regułą, u nas – za sprawą Pietuszewskiego – jest wyjątkiem. Można więc postawić tezę, że w polskiej piłce zacznie się dziać wtedy (bardzo) dobrze, kiedy Pietuszewskich będziemy mieli co najmniej kilku rocznie. I że ich głowy będą pracować nienagannie.
