Już po balu panno Lalu

POWRÓT DO KORZENI - Michał Listkiewicz

Przed tygodniem obiecałem refleksje po tradycyjnej gali, na której ogłoszono werdykt, kto został najlepszym polskim sportowcem roku 2024. Gwoli sprawiedliwości zaznaczę, że organizatorem tego mocno osadzonego w naszej sportowej rzeczywistości plebiscytu jest odwieczny, życzliwy konkurent naszej gazety, czyli warszawski „Przegląd Sportowy”. Jako dziennikarza stołecznego oddziału „Sportu” łączyły mnie z kolegami z konkurencji przyjacielskie relacje i wzajemny szacunek.

Dziennikarską karierę zaczynałem zresztą w krakowskim „Tempie”, gdzie dostojny szef Jan Rotter nauczył mnie zasad etyki zawodu. Nie podkradaliśmy sobie tematów ani rozmówców, co dziś w dobie dziennikarstwa internetowego jest powszechną praktyką. Co więcej, bez informowania przełożonych ktoś ze „Sportu” zastępował w obowiązkach niedysponowanego kolegę z PS, bywało i odwrotnie. Takie to były czasy, że dziennikarze sportowi stanowili jedną wielką rodzinę w najlepszym tego słowa rozumieniu. Pisałem w „Tempie”, „Sporcie” i kilku innych tytułach, z węgierskim „Nepsportem” włącznie, ale „Przegląd Sportowy” mnie ominął. Nie poznali się na moim talencie, albo może wprost przeciwnie - poznali? Darzę ten tytuł szacunkiem i sentymentem z młodzieńczych moich lat, a słynną jajecznicę na zakończenie Balu Mistrzów Sportu jadłem o szóstej rano jeszcze w czasach, gdy jajka były po 10 groszy za sztukę. To już nie ta gala co kiedyś, gdy wybitni sportowcy stanowili większość na sali, gdy do Ireny Szewińskiej i Jerzego Kuleja ustawiała się długa kolejka łowców autografów. Telefonów komórkowych wtedy nie było, więc i o selfiki nie proszono. Dziś sportowcy są rodzynkami w tłumie celebrytów maści wszelakiej, sponsorów, bywalców imprez. Takie czasy, nie tylko w sporcie. Kiedyś do SPATIF wchodzili tylko ludzie teatru i filmu, dziś może wejść ktokolwiek z grubym portfelem. W lożach na największych polskich stadionach trudno pogadać o sportowym widowisku. Pojawiają się wszyscy krewni i znajomi królika rodem z „Kubusia Puchatka”, firmowi kierowcy, gońcy, sekretarki, kumple szefa. Do przerwy jeszcze jakoś wytrzymują, po pauzie wymiękają, a po imprezie zapytani o wynik końcowy mają kłopot z odpowiedzią. I to z wielu powodów. Wyniki ostatniego plebiscytu wzbudziły więcej komentarzy niż poprzednie. Do dyskusji włączył się sam Zbigniew Boniek, tym razem krytycznie. Faktycznie nieobecność na podium takich gwiazd jak Iga Świątek i Bartosz Zmarzlik prowokuje pytania o słuszność wyboru. Ale taki plebiscyt nie może być obiektywny, to bardziej konkurs popularności niż werdykt typu „szkiełko i oko”. Trzeba to zaakceptować, pogratulować wspaniałej Aleksandrze Mirosław i jej mężowi, trenerowi roku.

Za rok będzie ciekawiej, bo w 2025 nie mamy Igrzysk Olimpijskich, a to wiele zmienia. Olimpijskie złoto ma ogromną wartość, triumf naszej mistrzyni wspinania się na ściance najlepiej tego dowodzi. Teraz większego znaczenia nabiorą triumfy w mistrzostwach świata i Europy w różnych dyscyplinach, w indywidualnych także rekordy życiowe. Liczyć się będzie także popularność dyscypliny. Kochane w Polsce żużel i skoki narciarskie w wielu krajach uważane są za niszowe. Z kolei uwielbiana gdzie indziej piłka wodna, krykiet i polo w Polsce są niezauważalne.

Od wielu lat pierwsze tygodnie roku mobilizują miliony Polaków do wspierania WOŚP Jerzego Owsiaka. W różnej to się dzieje formie, ja najbardziej cenię osobisty udział w imprezach, a nie tylko wrzucanie monety czy banknotu do puszki z serduszkiem. Trochę to smutne, że tysiące lokalnych akcji organizowanych bez organizacyjno-medialnej machiny nikną w cieniu Wielkiej Orkiestry. A przecież Owsiak nie jest jeden, ceńmy bezimiennych bohaterów organizujących akcje na ratowanie dziecka sąsiada, przyjaciela, krewnego. Jak co roku ruszyłem na szlak wiodący przez wioski i miasteczka, by skromnie wspomóc takie inicjatywy. Tego nauczył mnie sam Kazimierz Górski. Trenera Tysiąclecia wielokrotnie pytano dlaczego jeździ do tych „dziur”? A on z uśmiechem odpowiadał, że jeździ wszędzie tam, gdzie go zapraszają dobrzy ludzie.

Skoro o wielkich trenerach mowa, to trudno przemilczeć rocznicę objęcia kadry przez Antoniego Piechniczka. To wspaniały człowiek, trener, pedagog. Jego wiedza i kultura osobista stanowią świetną wizytówkę polskiego futbolu. Czytając niektóre wredne komentarze dotyczące Piechniczka aż chce się powtórzyć za wielkim Stanisławem Lemem: „dopiero po wynalezieniu internetu dowiedziałem się ilu kretynów żyje na tym świecie”. Hejt jest groźniejszy niż rak, dżuma i cholera razem wzięte. Ludziom rozsądnym, jak Czytelnicy „Sportu”, pozostaje obojętność, pogarda i lekceważenie hejterów, dyskutowanie z pewnymi typami to jałowe zajęcie.

Mecze turnieju „Spodek Super Cup 2025” poprowadzili, od lewej: Szymon Marciniak, Piotr Lasyk, Sebastian Jarzębak, Leszek Lewandowski i Michał Listkiewicz. PAP/Michał Meissner

Za mało mówimy o futsalu, pięknej odmianie futbolu. Na parkietach tyle się dzieje w każdej chwili, niektóre zagrania zapierają dech w piersiach. Górny Śląsk od zawsze dominował w tej grze, zanim jeszcze nazwano ją futsalem. Gliwice i Bielsko-Biała stały się inspiracją dla innych. Dziś w Fogo Futsal Ekstraklasie mamy aż czterech przedstawicieli tego regionu. Do wspomnianych dołączyły Katowice i Ruda Śląska, a do awansu na najwyższy szczebel szykuje się Ruch Chorzów, dzielnie walczą Tychy. Szczerze Ślązakom kibicuję, bo wiem ile wysiłku w promocję futsalu tu włożono, a pionierem był niestrudzony Roman Sowiński.

Rod Stewart ukończył 80 lat. Z tej okazji planuje... 60 koncertów na żywo, w tym 2 w Polsce. Istny gigant, kocham jego śpiew i miłość do futbolu, członkostwo w legendarnej Tartan Army, fanatycznej grupie kibiców reprezentacji Szkocji. Inny tytan rockowej sceny, Elton John, sprawił, że prowincjonalny Watford stał się postrachem gigantów. W obu przypadkach o futbolowej pasji zdecydowały tradycje rodzinne. Z dziada na ojca, z ojca na syna, z syna na wnuka. Skoro o muzyce, to nie mogę przemilczeć występu Śląskiej Grupy Bluesowej w moim ulubionym Blues Clubie w Gdyni. Grali pięknie, a atmosfera była lepsza niż na meczach reprezentacji Polski na stołecznym Stadionie Narodowym. Na szczęście zawiązał się już klub kibica Biało-czerwonych. Inicjatorem był młody sędzia Adrian Karwatiuk z Włodawy na Lubelszczyźnie. Życzę powodzenia, w sennej atmosferze tworzonej przez „Grażyny i Januszów” słabo się kadrę ogląda, niekoniecznie z winy piłkarzy. 

Miniony weekend spędziłem z gwizdkiem na boiskach katowickiego Spodka i hali w Skierniewicach. Fantastyczne przeżycia i ciekawostki zza kulis opiszę za tydzień.

Po napisaniu tego felietonu doszła do mnie smutna wiadomość o śmierci Andrzeja Kraśnickiego, długoletniego Prezesa ZPRP i PKOl, kiedyś dobrego szczypiornisty. O zmarłych przeważnie mówimy dobrze, ale o Andrzeju mówiono tylko dobrze przez całe Jego wspaniałe życie. On niósł dobro, był dobrą personifikacją. Ciepły a charyzmatyczny, zdystansowany a serdeczny, wymagający a empatyczny. Z charakteru bardzo mi przypominał Kazimierza Górskiego. Pod koniec zbyt wcześnie zakończonego życia spotkał Andrzeja afront ze strony ówczesnego wysokiej rangi polityka, zmuszono go do rezygnacji z funkcji Prezesa PKOl, potem przyszła nagle straszna choroba. Nie zasłużył sobie na taki epilog.