Jesteśmy jak kometa
Rozmowa z Ivo Vavrą, czeskim szkoleniowcem piłkarek ręcznych Ruchu Chorzów
Beniaminek jeszcze będzie wygrywać – zapewnia Ivo Vavra. Fot. Marcin Bulanda / Press Focus
– Przede wszystkim czuję, że muszę teraz mentalnie popracować nad dziewczętami. Uspokoić głowy, bo od początku sezonu, kiedy wszyscy byli optymistami, na podstawie dwóch spotkań, których nie wygraliśmy, coś się w nas mentalnie rozsypało. Musimy się skupić na tych zespołach, z którymi mamy realne szanse na punkty. Dlatego podkreślę raz jeszcze, że musimy odbudować się mentalnie na poziomie, na jakim byliśmy na początku sezonu.
Przed wami teraz kolejne bardzo trudne mecze...
– No tak. W środę graliśmy z mistrzem Polski w Lubinie, za tydzień (1 lutego – przyp. red.) podejmować będziemy brązowe medalistki z Lublina. Następnie czeka nas wyjazd do bardzo dobrze się spisującego, czwartego aktualnie Startu Elbląg, a tę bardzo ciężką sekwencję zakończą meczem ze świetnie radzącym sobie w lidze i europejskich pucharach Gnieznem. Musimy się więc skupić na ostatnich dwóch meczach, z Gliwicami oraz Kaliszem i wtedy już „na żyletki” zawalczyć o punkty.
Macie nieco dłuższą przerwę, bo kolejny mecz dopiero w przyszłą sobotę. Trenujecie normalnie?
– Trenujemy normalnie, tu się nic nie zmienia. Dziewczyny zagrały w Lubinie dobre 25 minut i z tego okresu trzeba wyciągnąć wnioski, ten fragment meczu z najlepszym polskim zespołem przeanalizować. Będziemy oglądać wideo całego spotkania, sprawdzimy, co było w nim OK, a gdzie koniecznie trzeba coś zmienić. Nie możemy panikować, tylko dalej podążać w wytyczonym przez nas kierunku, bo taki jest sport – czasami idziesz w górę, a czasem w dół. Niestety, teraz jest nam trochę ciężko, ale od tego tutaj jestem, by wspierać dziewczyny i ponownie nakierować je na cel, jaki sobie założyliśmy.
Po długiej przerwie wraca Aleksandra Salisz. To będzie wzmocnienie środka rozegrania?
– Muszę być ostrożny z jej powrotem, bo z powodu kontuzji kolana nie trenowała przez osiem miesięcy. Ola była jednak cały czas z drużyną, w większości meczów pełniła funkcję jej kierownika, z boku patrzyła na to, co się dzieje, jak grają koleżanki. To był dla niej bardzo ciężki okres, dlatego teraz jest tak chętna do gry, że już chciałaby wybiec na parkiet. Musimy być jednak ostrożni, bo Superliga to nie to samo, co Liga Centralna, gdzie ostatnio grała.
A co z prawoskrzydłową Patrycją Wiśniewską, której zabrakło w Lubinie?
– Narzeka na bark, ale myślę, że wystarczy jej kilka dni przerwy, dlatego teraz w tych ciężkich meczach dostanie trochę wolnego. Magda Widuch pokazała, że jest w stanie zastąpić Patrycję, więc o obsadę tej pozycji się nie obawiam.
Podsumowując naszą rozmowę, głowy ochłonęły po znakomitym starcie i późniejszych kilku potknięciach. Cel „Niebieskich” się nie zmienia – azymut skierowany jest na utrzymanie się w Orlen Superlidze?
– Jesteśmy beniaminkiem. Weszliśmy do elity polskiego handballu jak kometa i jak nagle wszyscy krzyknęli „wow”, to niektórzy pomyśleli, że może medale zawisną na naszych szyjach... Tak się jednak w sporcie nie dzieje. Na wstępie mieliśmy ogromną energię, wielkie chęci i byliśmy nieznani innym. Wiedziałem jednak, że przyjdzie ciężki okres, bo nie mamy tak szerokiej kadry jak czołowe zespoły. Dlatego tłumiłem euforię, bo wiedziałem, do czego zmierzamy. Powtarzam – cel się nie zmienił, chcemy się utrzymać w Superlidze, by w następnym sezonie zbudować jeszcze mocniejszą ekipę, która w tym towarzystwie odegra już ważniejszą rolę.
Rozmawiał Zbigniew Cieńciała
