Jazda z Szoszonami!
WYMIANA KOSZULEK - cotygodniowy felieton Wojciecha Kuczoka
Do Żyliny ode mnie rzut beretem, przejeżdżam średnio raz w miesiącu w drodze do jaskiń Strażowskich Wierchów, albo na którąś z Fatr. Zresztą widok na tę Małą rozpościera się z zachodniej trybuny Stadionu Pod Dubniem – jak mecz trefny, to można chociaż panoramę podziwiać. Widziałem tam zeszłoroczne męczarnie naszej młodzieżówki na mistrzostwach Europy, która, zanim ją przejął „Wuja”, nie bardzo wiedziała, o co chodzi.
W zeszły czwartek sam nie wiedziałem, o co biega, czy raczej truchta Katowicom na boisku. Wydawałoby się, że żylińscy „szoszoni” to idealny rywal na rozgrzewkę i przełamanie tremy po niemal ćwierćwiecznej przerwie w europejskich rozgrywkach, początek meczu zresztą wykluczył jakiekolwiek podejrzenia o stres. Przez pierwszy kwadrans GKS grał odważnie, skutecznie w pressingu, szybko zdobył gola i wyglądał na ekipę, która chce załatwić sprawę awansu na boisku rywali. Na domiar dobrego fanatycy GieKSy prezentowali się imponująco w odzianej na żółto ciżbie, zajmując trzy sektory pośród siedmiu tysięcy divaków. Dziwaki prawdziwe otoczyły arenę kordonem i sparaliżowały pół Żyliny, ponoć miasteczko nad Wagiem nie widziało jeszcze takiego najazdu – zbrojna policja była wszędzie i wyglądała, jakby wyczekiwała apokalipsy, albowiem Ślązacy są sprzysiężeni z cokolwiek nielubianym na Słowacji ostrawskim Banikiem. Strażmajstry przyodziane antyzamieszkowo, w ciężkich żółwiach ochronnych, w asyście koni z ochraniaczami na napięstkach, z pałami w łapskach, spod zamaskowanych hełmów łypały wrogo i ponuro na pojedyncze sztuki kibicowskie i zadawały pytania o narodowość. I weź tu się odezwij po polsku, a choćby i po ślunsku do takiego zbójcerza – co z tego, że masz bilet na trybunę gospodarzy, skoro na odprawie było wyraźnie powiedziane, że to mecz wysokiego zagrożenia, poliaci są niebezpieczni i nie wolno im pozwolić przeniknąć do sektorów zajmowanych przez lokalsów.
Przypomniały mi się lata dziewięćdziesiąte; za każdym razem, kiedy wtedy wychodziłem lub – co gorsza – wyjeżdżałem na mecz, matka żegnała się, jakby miała mnie widzieć po raz ostatni, kilkukrotnie dopytywała „Synku, naprawdę musisz iść? W telewizji byś sobie zobaczył, kolacyjkę ci zrobię, piwko sobie wypijesz, no po co się narażać?”, albowiem zaiste droga na trybunę wiodła przez strefę zadym, a i miejsc neutralnych na stadionach brakowało, można było stracić oko rykoszetem gumowej kuli albo zostać spałowanym prewencyjnie jako wysoce uogólniony fragment kibicowskiego tłumu. Tymczasem dwa tysiące GieKSiarzy zażółciło południowe sektory i dobrze a głośno się bawiło – można by rzec, że Katowice grały u siebie. Co nie wróży dobrze przed dzisiejszym rewanżem: atut ogłuszającego dopingu przyjaznej widowni nie pomógł zawodnikom. Mówiąc w skrócie: przegrali mecz po kiepskiej grze z bardzo przeciętnymi rywalami. Rozwijając: przegrali na życzenie własne, na konferencji pomeczowej tylko czekałem, aż trener sparafrazuje znany truizm i powie: „Przegraliśmy, bo od początku mecz się nam dobrze ułożył”. Wyglądało to tak, jakby po piorunującym starcie górnośląskiej ekipy ktoś im z ławki zaczął rzucać probierzowskie aforyzmy o pucharach jako pocałunku śmierci i nieśmiertelne przykazanie polskiej myśli szkoleniowej „Pamiętaj w Europie, że się skupiasz na lidze”. Najpierw nasi dali Żylinie w papę, a potem przez grubo ponad godzinę ją reanimowali, podali tlen, zrobili masaż serca, a kiedy się pacjent ocknął, dali mu jeszcze kanapki na drogę.
Stojąc w przerwie po vareną klobasę, widziałem na ścianie budynku klubowego koszulkę Jakuba Kiwiora w galerii największych sław żylińskiej piłki i zdało mi się, że nie tylko nasz reprezentacyjny stoper wrócił pod Dubeń, ale i Milan Skriniar i David Hancko, bo gospodarze nagle uszczelnili defensywę i czynili skuteczne wypady na bramkę Kobylaka z furią i werwą, jakiej dawno tu nie widziano. A przecie to jest drużyna kiepściutka, Raków przed rokiem nie dał jej cienia nadziei na awans, wiele się piłkarsko od tej pory nie zmieniło. GKS Katowice ma obowiązek dzisiaj dowieść, że się przed tygodniem potknął na własnej gnuśności i lenistwie, bo jeśli z kimś ciułać punkty do rankingu to właśnie ze Słowakami. Inna rzecz, że w Katowicach zbyt wiele zależy od Bartosza Nowaka – kiedy ten wyśmienity pomocnik ma dobry dzień, GKS czuje się pewnie i gra jak z nut; w Żylinie zagrał mecz z tych słabszych, zabrakło błyskotliwych pomysłów na rozegranie i wszystko zaczęło wyglądać topornie. Psiakrew, panowie – tak już w Europie nie przegrywamy! Do roboty, GieKSo!
W pierwszym meczu Tomaszowi Nowakowi zabrakło błyskotliwych pomysłów na rozegranie i gra GieKSy wyglądała topornie. Jak będzie w rewanżu? Fot. Tomasz Błaszczyk / Press Focus
W Żylinie Katowice... grały u siebie! Fot. Tomasz Błaszczyk / Press Focus
