Japończyków zawiodła odwaga, a Niemców mental
Rozmowa z Bartoschem Gaulem, niemieckim trenerem polskiego pochodzenia, w przeszłości szkoleniowcem Górnika Zabrze, obecnie pracującym w lidze japońskiej
Matheus Cunha pocieszający Ao Tanakę, od błędu którego rozpoczęła się akcja dająca Brazylijczykom zwycięskiego gola. Fot. PAP / EPA
Kiedy umawialiśmy się na rozmowę po poniedziałkowych meczach, żaden z nas pewnie nie myślał, że rozmawiać będziemy o dwóch reprezentacjach będących już poza mundialem. Żal panu Japończyków?
- Tak, bo mają naprawdę dobrą drużynę. Przez ostatnie pół roku naocznie przekonałem się, że to dobrze zorganizowana drużyna, bardzo zdyscyplinowana taktycznie, potrafiąca się świetnie bronić, mentalnie gotowa do ciężkiej pracy i dużego wysiłku na boisku. I meczu z Brazylią wcale przegrać nie musiała. Zabrakło mi nieco w jej wykonaniu gry do przodu. Nie jakości w grze do przodu, ale samej gry ofensywnej jako takiej. Zabrakło parę procent odwagi, by zakończyć to spotkanie awansem.
Myśli pan, że takie były wskazówki trenera Hajime Moriyasu?
- Nie sądzę. On sam ma świadomość, że jego podopieczni mają dużo jakości w ofensywie. Mam więc wrażenie, że to siedziało w głowie samych piłkarzy. „To”, czyli charakterystyczny dla japońskiej kultury szacunek dla innych. Oni nie wychodzą na boisko z pewnością siebie i myślą „Jesteśmy lepsi” w głowach. Trzeba ich często „pchnąć” do odważniejszej gry. Ale zdecydowanie za łatwą odpowiedzią byłyby tu słowa: „wina trenera”. Po prostu – ów szacunek wynikający z tradycji, z wychowania, z kultury czasem w piłce nożnej przeszkadza, bo nie podchodzisz do meczu tak odważnie, jak powinieneś.
Miał pan przez te pół roku okazję poznać selekcjonera Japończyków?
- Nie, wyłącznie jego asystentów. Natomiast kiedyś pracował w tym klubie, w którym ja teraz mam okazję pracować (Sanfrecce Hiroszima – dop. aut.) i bardzo go tu cenią, by nie rzec, że jest jedną z ikon klubu (trzykrotnie zdobył mistrzostwo kraju – dop. aut.).
Moriyasu pracuje z kadrą już osiem lat. Rozumiem, że mimo odpadnięcia z mundialu, dymisja mu nie grozi?
- Powtórzę: na wszystkie decyzje, również w piłce, wpływ ma japońska kultura. Tutaj mają dużo większą cierpliwość do wszelkich projektów: w klubach, ale i w związku. A jego praca – patrząc na grę drużyny narodowej – przynosi dobre efekty, choć oczywiście meczu z Brazylią żal.
Miał pan w kadrze „swojego człowieka”, czyli rezerwowego bramkarza Keisuke Osako. Daleki był od wygrania rywalizacji ze Zionem Suzukim, który bronił w meczach mundialowych?
- Keisuke ma dużą jakość bramkarską, a poza tym – co dla mnie strasznie ważne – bardzo dobrze potrafi grać nogami. Myślę, że ciekawa będzie ich rywalizacja w przyszłości.
Dużo pan mówi o wpływie kultury na codzienne życie Japończyków. Ao Tanaka, który stracił piłkę w ostatniej akcji – na wagę gola dla Brazylii, strasznie to przeżył. Ale nie będzie obiektem hejtu japońskich kibiców?
- Tak jak mówiłem, Japonia to szacunek - dla zawodników i dla każdego człowieka. Tu jest dużo większa świadomość – mam na myśli i medialne dyskusje, i „socjale” - że błędy się zdarzają, że są nieodłączną częścią piłki nożnej. Jeżeli ktoś gra na najwyższym poziomie w lidze i w reprezentacji, nie popełnia tego błędu specjalnie.
Pytałem o przyszłość trenera Moriyasu, to muszę i zapytać brutalnie: Julian Nagelsmann musi odejść, jak tego chce część niemieckich mediów?
- Nie odpowiem na to pytanie, bo odpowiedź w tym momencie oznaczałaby brak mojego szacunku dla niego samego i dla zawodu trenera. Naszą pracę trzeba oceniać spokojnie, a nie na gorąco. Na wynik – również ten osiągnięty przez Niemców – wpływ zawsze ma wiele rzeczy, o których zwykle nie wiemy. Pchnięcie wszystkiego na trenera to pójście na łatwiznę. Niemcy mogli ten mecz wygrać w normalnym czasie, ale – choćby w sytuacji z anulowaną bramką – nie mieli po swej stronie szczęścia.
Zbyt dużo błędów w defensywie czy niemoc w ofensywie, w takich meczach, jak ten z Paragwajem; co - pana zdaniem - było bardziej frustrujące dla kibica niemieckiego?
- Ja lubię ofensywną piłkę i sam miałem wiele meczów, w których przeciwnik tylko się bronił, a moja drużyna musiała myśleć o rozbiciu tej obrony. Potrzebna jest do tego wielka jakość piłkarzy i pewne wypracowane zagrania ofensywne. Tego mi zabrakło, ale nie potrafię wskazać przyczyny, czemu tak się stało.
A jest ktoś, kto zawiódł również i pańskie osobiste oczekiwania?
- Niemcy generalnie mają wielu jakościowych zawodników. W pojedynkę losy meczów potrafią rozstrzygać Leroy Sane, Florian Wirtz, Jamal Musiala... Ale w takim turnieju musisz liczyć na drużynę, na jej mental. I tego mentalu zwycięzcy trochę mi u Niemców zabrakło.
Wymienił pan m.in. nazwisko Sane. W meczu z Paragwajem był cieniem samego siebie...
- Znam dobrze tego chłopaka, pracowałem z nim w przeszłości. Umiejętności ma bardzo wysokie, ale na tym turnieju rzeczywiście ich nie pokazał. Natomiast tu nie chodzi o niego czy indywidualne rozliczenia każdego piłkarza. Po prostu Niemcy – jak wiele ekip na tym mundialu – nie mają swojego „Messiego”. Kogoś, kto byłby takim jak liderem drużyny, a jednocześnie – ciągnąc tę drużynę – korzystał z jej jakości.
Pierwsze dwa tygodnie mistrzostw spędził pan na Hawajach. Niby to USA, ale... daleko. Mundial tam też dotarł?
- W sensie transmisji – oczywiście tak, choć przyznam, że – szukając odpoczynku – nie wszystkie mecze oglądałem. Natomiast nie było tu na pewno tych kolorowych tłumów kibiców, jakie widzimy na ulicach Nowego Jorku i innych miast-organizatorów. Więc... rzeczywiście odpocząłem od piłki (śmiech)!
Rozmawiał Dariusz Leśnikowski
Bartosch Gaul. Fot. Marta Badowska / Press Focus
