Jak zatrzymać maszynę?

Rozmowa z Jerzym Dudkiem, byłym bramkarzem Liverpoolu i Realu Madryt

Jerzy Dudek sentymentalnie związany jest i z Liverpoolem, i z Realem. Więc będzie 1:1? Fot. Sebastian Sienkiewicz/ PressFocus

LIGA MISTRZÓW

Liverpool miał świetny sierpień i wrzesień też – niemal do końca. Jaka jest pańska diagnoza późniejszej zadyszki?

- Liverpool miał zaskakująco dobry początek. Po krótkim okresie przygotowawczym – byłem nań zaproszony, widziałem wielkie zainteresowanie „The Reds” wśród mediów w Hongkongu i Tokio – wszyscy zakładali, że będzie potrzebować nieco czasu, by „doszlifować” sposób gry, skuteczność. A on – mimo wielu znaczących zmian personalnych - zaczął sezon wspaniale. Nie chcę powiedzieć, że szczęśliwie, ale większość zwycięskich goli zdobywał w ostatnich minutach. Ot, takie charakterystyczne - jak to nazwano - „zwycięstwa w stylu Liverpoolu”. Myślę, że w ten sposób uśpiona została czujność związana z budową nowego zespołu. Jakby trochę zapomniano, że zawodnicy powinni dostać nieco czasu na zaaklimatyzowanie się, na dobre poznanie oczekiwań trenera wobec nich i nauczenie się własnych zadań. Okres przygotowawczy był krótki, nowi gracze mieli niewiele czasu na wspólną pracę z zespołem, a duże zamieszanie wokół drużyny sprawiało, że tego czasu tym bardziej ubywało. Stąd wzięły się kontuzje – m.in. Alexandra Isaka. Zawsze tak jest, że grając na początku wyłącznie na świeżości, musisz ostatecznie zapłacić urazem. No i stąd wzięła się owa zadyszka: Liverpool zaczął przegrywać... „w stylu Liverpoolu”; w samych końcówkach, pozwalając rywalom na kontry w ostatnich minutach.

Pewnie zbyt proste byłoby sprowadzenie porażek do nieobecności bramkarza Alissona. Na ile jednak jego kontuzja mogła mieć wpływ na mental drużyny? I na ile Mamardaszwili jest dziś jego godnym zastępcą?

- Alisson rzeczywiście jest wielki w trudnych sytuacjach. Ma wspaniałą intuicję. Kiedy trzeba pomóc zespołowi, on... zawsze jest. Jest jak najlepszy snajper, strzelający wtedy, gdy jest najtrudniej. Alisson broni, gdy jest najtrudniej. Giorgi Mamardaszwili natomiast potrzebuje czasu, by nabrać „ogłady”. Jest utalentowanym bramkarzem, pokazał to na mistrzostwach Europy z reprezentacją Gruzji. Nie można go jednak krytykować za porażki, to kwestia całego zespołu. Cieszy się na pewno z każdej minuty; dla niego to wielka szansa, by się pokazać, i udowodnić, że zasługuje na miano zmiennika numer 1. Bo jednak Alisson kontuzji ma całkiem sporo – i w zeszłym sezonie, i dwa lata wcześniej mu się też zdarzały.

Kiedy rozmawialiśmy przed rozpoczęciem fazy ligowej Ligi Mistrzów, podkreślał pan prawie pół miliarda wydane przez Liverpool tego lata. Ekitike strzela, Wirtz niekoniecznie, a Isak walczy głównie z kontuzjami.

- Liverpool poszedł va banque. Poczuł krew; postanowiono wzmocnić zespół na każdej pozycji; wietrząc szansę, że można ugrać jeszcze więcej. My dziś „The Reds” próbujemy rozliczać na początku sezonu, a przecież najważniejsze rzeczy zdarzą się w jego końcówce, za pół roku. To wtedy będzie potrzebować zawodników w ich najlepszej dyspozycji. I oni zapewne wtedy w niej będą. Na razie muszą przepracować okres „uczenia się” drużyny.

Ostatnie 2:0 z Aston Villą to dowód, że kłopoty się skończyły?

- To zwycięstwo daje nadzieję na zakończenie kryzysu, choć moment jest wciąż trudny, skoro już we wtorek trzeba grać z z Realem. Daje jednak dozę satysfakcji i optymizmu, odbudowuje pewność siebie, być może uciszy też coraz powszechniejszą krytykę. Inaczej przystępuje się do gry z TAKIM rywalem, jak „Królewscy”, gdy wygrało się wcześniejszy mecz przed swoimi fanami. Łatwiej wtedy o to, by kibice byli „dwunastym zawodnikiem”, a to w trudnych chwilach jest zawsze bardzo potrzebne i pożądane. To stamtąd, z trybun, też musi przyjść mentalny „kop”. Reasumując – jeszcze bym chwilę poczekał z ogłaszaniem końca kryzysu, ale... pora na to jest najwyższa. Dziw bowiem, że ten kryzys trwał tak długo!

Czym dla Liverpoolu jest mecz z Realem?

- To wielka i piękna historia. To zawsze są mecze o wielkim napięciu. Rywalizacja boiskowa jest na najwyższym poziomie, a satysfakcja po wygranej – przeogromna. Pamiętam swoją wizytę z Realem na Anfield Stadium. Mimo tego, że grali na co dzień w tak wielkim klubie, jak „Królewscy”; mieli doświadczenie z wielu wielkich aren piłkarskich i z meczów o wielką stawkę, moi ówcześni koledzy zaskoczeni byli atmosferą stadionu, oszołomieni dopingiem. Anfield po prostu jest wyjątkowe, podkreślali to Raul, Iker Casillas, Ronaldo... To absolutnie topowe spotkanie, choć na tym etapie Ligi Mistrzów jeszcze nie będzie mieć tak wielkiego znaczenia, jak ewentualny półfinał czy finał. Gra się o prestiż. Liverpool gra też o to, by pokazać, że kryzys już za nim, a Real o to, by potwierdzić, że potrafi grać z mocnymi. Trochę to bowiem w ostatnim czasie kwestionowano, dopiero wygrane El Clasico z Barceloną uspokoiło krytyków.

W przypadku Realu – patrząc na jego wyniki – tak naprawdę najważniejsze wydaje się pytanie: jak zatrzymać Kyliana Mbappe?

- Niewielu się to udaje, bo jest w tej chwili w niesamowitym gazie. Pod wodzą Xabiego Alonso odnalazł swoją idealną pozycję na boisku. Jest szybki, dynamiczny, ma ochotę do gry i jest niesamowicie skuteczny. Pytanie, czy on w ogóle jest do zastopowania?! Na nim obrońcy Liverpoolu muszą skupić uwagę, bo robi różnicę. Mniej Jude Bellingham, mniej Vinicius Junior – oni też potrafią grać jeden na jeden, pod faul, ale Mbappe jest – na razie – maszyną nie do zatrzymania i nie wiem, na ile się to uda chłopakom Arne Slota.

Nie zatrzymała Realu Barcelona. A Liverpool może? Jaki wynik padnie we wtorek?

- Barcelona rzeczywiście nie zatrzymała „Królewskich”, ale też trzeba pamiętać, że do El Clasico przystępowała z ogromnymi kłopotami personalnymi. Mieć jednego Yamala to za mało, żeby rywalizować z Realem, ale też go trochę postraszyła. Liverpool będzie mieć swoje szanse; kilku zawodników musi udowodnić, że trafili tu nieprzypadkowo. Mecz z takim rywalem w Lidze Mistrzów to wymarzona ku temu okazja. Stawiałbym na remis, bo oba zespoły mają jeszcze... nieuporządkowaną grę w defensywie. Będzie więc wiele okazji, by wykazali się bramkarze. Thibaut Courtois jest fenomenalny i – jak Mbappe w przodzie – robi różnicę. Mamardaszwili jednak potrzebuje wielkiego meczu – może uda mu się go zagrać we wtorek? Jedno jest pewne - widowisko będzie wielkie. To są wyjątkowe mecze na Anfield, każdy chce w nich grać!

Rozmawiał Dariusz Leśnikowski


Czy faul to dziś jedyny sposób, by Liverpool powstrzymał Kyliana Mbappe? Fot. IMAGO/ PressFocus

Materiał premium

Dalsza część jest dostępna dla subskrybentów

Odblokuj pełne wydanie i korzystaj bez ograniczeń. Czytaj ekskluzywne wywiady, analizy i felietony sportowe. Słuchaj podcastów oraz oglądaj materiały wideo.

Zobacz pakiety i odblokuj wydanie

Dostęp od 12,50 zł • BLIK / karta • Anulujesz online, kiedy chcesz

Masz już dostęp? Zaloguj się