Jak „Szybki Boguś” Staszka Królaka pokonał
Bogusław Fornalczyk był pierwszym polskim kolarzem, który pokazał młodym ludziom ze wsi i małych miast, że także oni mogą wygrywać wielkie wyścigi.
Sportowy idol nie tylko wiejskiej młodzieży przełomu lat 50. i 60. XX wieku w koszulce mistrza Polski. Fot. archiwum „Sportu”
Z lamusa
Urodził się w 1937 roku w leżącym na Jurze Krakowsko-Częstochowskiej niewielkim Jaworzniku. Na jego talencie poznał się Edward Pelka, który w pobliskim Myszkowie trenował kolarzy. Będąc zawodnikiem tamtejszego LZS-u, Fornalczyk szybko trafił do kadry Polski. Czterokrotnie reprezentował nasz kraj na mistrzostwach świata, wystąpił na igrzyskach olimpijskich w Rzymie (1960), sześciokrotnie startował w Wyścigu Pokoju. Pięciokrotnie zdobywał mistrzostwo Polski – nie tylko na szosie, ale także w przełaju. W 1961 przeniósł się do LZS-u Będzin i w tym zagłębiowskim mieście spędził resztę życia, po zakończeniu kariery pracując w kopalni i szkoląc młodych adeptów kolarstwa. W 2005 roku został honorowym obywatelem Będzina.
Lider zielonej armady
Fornalczyk osiągnął wiele sukcesów, ale w historii polskiego kolarstwa zapisał się przede wszystkim spektakularnym zwycięstwem w XV Wyścigu Dookoła Polski. Zdarzyło się to w 1958 roku, czyli dokładnie 30 lat po pierwszej edycji. W związku z tymi dwoma jubileuszami organizatorzy postarali się wtedy o wyjątkowo mocną obsadę. Większość zawodników stanowili oczywiście Polacy, na starcie stanęło jednak także wielu świetnych kolarzy z Zachodu – Anglików, Austriaków, Francuzów, Holendrów czy Belgów, którzy – jak się później okazało – byli blisko wygranej. O niej marzył także faworyt, pierwszy polski zwycięzca Wyścigu Pokoju (1956) i z tego powodu uwielbiany wówczas w naszym kraju Stanisław Królak. Ten 27-latek, który reprezentował klub Sarmata Warszawa, startował w Tour de Pologne po raz czwarty i będąc w świetnej formie, miał nadzieję, że teraz w końcu wygra. Tyle że uniemożliwiła mu to „zielona armada”, jak mówiono o zawodnikach Ludowych Zespołów Sportowych, na której czele stanął aktualny mistrz Polski. Tytuł ten niespodziewanie zdobył w sierpniu w stolicy, w sprinterskiej końcówce pokonując... Królaka, a wcześniej triumfował także w górskich mistrzostwach kraju w Jeleniej Górze.
Pierwszy wiejski przodownik
„9 września 1958 roku rozpoczęło się na polskich szosach prawdziwe szaleństwo trzymające w napięciu do końca zawodników, fachowców i miliony kibiców. Przez te blisko dwa tygodnie dramaturgia walki była wręcz nieprawdopodobna” – opisywał Bogdan Tuszyński, który wydarzenia na trasie relacjonował dla słuchaczy Polskiego Radia. Zaczęło się od trzech etapowych zwycięstw Belgów, którymi kierował menadżer Lucien Acou, późniejszy teść kolarza wszech czasów Eddy'ego Merckxa. I kiedy niektórzy obawiali się, że tak już będzie do końca, pierwszą część czwartego odcinka z metą w Bydgoszczy wygrał Fornalczyk. – Przed startem niewiele mogłem powiedzieć o sobie, bo byłem przecież młodym (21 lat – przyp. gak) i niedoświadczonym zawodnikiem – wspominał potem. – Wiedziałem tylko, że jestem solidnie przygotowany i mogę liczyć na jakiś sukces.
Po pierwszym przyszedł kolejny, bo szybki, wytrzymały i sprytny – jak go określano – kolarz LZS-u po siódmym etapie z metą w Opolu został pierwszym wiejskim przodownikiem TdP! – Koszulka lidera, którą założyłem, dodawała mi otuchy i odwagi, a także wyzwoliła większą agresywność i wolę walki. Myśl o zwycięstwie zaczęła dojrzewać coraz bardziej – przyznał po latach. Wkrótce przydarzył mu się jednak słabszy dzień i na pagórkowatym odcinku z Bielska do Nowej Huty stracił prowadzenie, ale wciąż liczył się w walce o wygraną w całym wyścigu.
O niej myślał także Królak. – Dysponował on zgraną i doświadczoną grupą swoich kolegów i przyjaciół, którzy w każdej chwili byli w stanie mu pomóc. Szybko zorientowałem się w jego poczynaniach i manewrach taktycznych, musiałem na nie reagować błyskawicznie. Gdzie był on, tam musiałem być i ja. I to natychmiast, bo za chwilę mogło być już za późno. Oczywiście mogłem przy tym liczyć na pomoc kolegów z LZS-u – opisywał Fornalczyk, który zwrócił uwagę na jeszcze jedną niezwykle ważną rzecz. – Po dojściu uciekinierów byłem gotów do kontynuowania ataku. Niestety, wtedy na sygnał Staszka współpraca się kończyła, bo miał on pretensje, że go kasuję. Ale przecież nie mogłem pozwolić sobie na odpuszczenie takich ucieczek, bo byłoby to równoznaczne z rezygnacją z walki o zwycięstwo. I na tym tle doszło między nami do nieporozumień.
Rewelacja sezonu (na pierwszym planie) w drodze po zwycięstwo. Fot. „60 lat Tour de Pologne”
Dłuższa pogawędka z Królakiem
Kluczowy dla losów całej imprezy okazał się dziesiąty, przedostatni etap z Nowej Huty do Radomia, który liczył aż 208 km. Królak od startu próbował odjechać z peletonu, ale udało mu się to dopiero za... piątym razem. Oczywiście w pogoń za nim ruszył Fornalczyk. – Po dojściu uciekających na nowo zaczęło się to samo i niemal stanęliśmy. Dobrze jednak, że mieliśmy sporą przewagę nad dużą grupą, bo był czas na... dłuższą pogawędkę. Po dyskusji Staszka ze swoim trenerem klubowym oraz zdecydowanej rozmowie między nami doszliśmy do porozumienia i zaczęliśmy współpracować. Jechaliśmy rzeczywiście wspaniale i nasza przewaga rosła w oczach. W takim układzie ponownie wychodziłem na pozycję lidera i nadzieja zwycięstwa znów we mnie ożyła. Pracowałem jak wół, bo wiedziałem, że każda sekunda przewagi może okazać się niezwykle cenna – relacjonował. Etap wygrał Królak, a Fornalczyk – choć pech dopadł go na ulicach Radomia, bo miał defekt i przyjechał ponad pół minuty za zwycięzcą – objął prowadzenie w klasyfikacji generalnej.
Następnego dnia kolarzy czekał ostatni krótki etap z metą w Warszawie. Mimo to wychowanek LZS-u Myszków nie czuł się jeszcze zwycięzcą. – Przede wszystkim nie byłem pewny, czy Staszek jeszcze raz nie zaatakuje. Poza tym wiele mogło się jeszcze zdarzyć – defekt, kraksa, większa niedyspozycja... Jechałem więc czujnie i dopiero po przejechaniu linii mety powiedziałem sobie: wygrałem Wyścig Dookoła Polski. Stało się to, o czym nawet nie marzyłem. Byłem szczęśliwy i nie czułem żadnego zmęczenia – wspominał Fornalczyk, któremu w stolicy gratulował sam Feliks Więcek, zwycięzca pierwszego Biegu Dookoła Polski. „Królak współtwórcą sukcesu Fornalczyka” – tak podsumował wyniki rywalizacji reporter „Sportu”. Drugi w klasyfikacji końcowej Belg Constant Goossens stracił do Polaka blisko dwie i pół minuty. Królak ostatecznie zajął piąte miejsce. Najpopularniejszy kolarz tamtego okresu, który swoją sławę zawdzięczał także opowieści, że utrudniającego mu jazdę Rosjanina pobił pompką, dwa lata później ostatni raz próbował wygrać Tour de Pologne. Także tym razem nawet nie udało mu się stanąć na podium, za to Fornalczyk zrobił to jeszcze raz – w 1961 roku, kiedy był drugi.
* * *
Bogusław Fornalczyk, symbol wiejskiego i małomiasteczkowego kolarstwa lat 50. i 60. XX wieku, odszedł 1 października tego roku w wieku 88 lat. „Dla nas zawsze pozostanie „Szybkim Bogusiem” – człowiekiem skromnym, serdecznym i pełnym pasji, a jego osiągnięcia i duch sportowej rywalizacji będą trwałą inspiracją dla kolejnych pokoleń” – napisali o nim przyjaciele z Towarzystwa Przyjaciół Będzina, którego był honorowym członkiem.
Grzegorz Kaczmarzyk
Pisząc ten tekst, korzystałem z książki „50 razy Tour de Pologne” Bogdana Tuszyńskiego
Przewidywania naszego dziennika sprawdziły się, Bogusław Fornalczyk wygrał największy polski wyścig. Fot. archiwum „Sportu”
