Jabłoń i jabłko
POWRÓT DO KORZENI, cotygodniowy felieton Michała Listkiewicza
W każdym felietonie staram się wpleść ludowe przypowieści i mądrości. Czynię to z powodów sentymentalnych i edukacyjnych. Tym bardziej, że przysłowia są mądrością narodu jak wiadomo od lat. Dziś będzie o jabłoni i jabłku, które przeważnie pada niedaleko od swojego drzewa. Anastazja Kuś i Damian Czykier to gwiazdy lekkoatletycznej reprezentacji Polski, która dostarczyła nam tylu fajnych emocji w miniony weekend. Anastazja jest córką Marcina, a Damian Dariusza, w przeszłości świetnych piłkarzy o bogatych karierach. Mama Czykiera juniora Elżbieta Stankiewicz była znaną koszykarką ligową słynącą też z nieprzeciętnej urody. Z dawniejszych czasów pamiętam najlepszego polskiego sportowca w historii Irenę Szewińską i jej syna Andrzeja, wybornego siatkarza, a nie zapominajmy o jej mężu Januszu, też lekkoatlecie, trenerze i fotoreporterze.
W mojej rodzinie też funkcjonowała sztafeta pokoleń. Tata trochę boksował, synowie Tomek i Kajetan sięgnęli po sędziowski gwizdek, jak ja. W popularnym programie "Milionerzy" jedno z pytań dotyczyło rodziny, z której ojciec i syn wystąpili w finale Mundialu. Uczestnik teleturnieju nie wiedział, ale coś mu zadzwoniło w pobliskim kościele, przypomniał sobie, że Tomasz Listkiewicz asystował Szymonowi Marciniakowi w niedawnym finale. "On ma chyba syna Michała"- wypalił i ... wygrał 50 tysięcy.
Jan Urban ogłosił powołania na czwartkowy baraż z Albanią, wywołując jak zwykle w takich momentach lawinę komentarzy. Nie zamierzam włączać się do tej dyskusji, to strata czasu. Po pierwsze, dawno nie było selekcjonera, któremu bym tak ufał, po drugie, kwestionowanie wyborów wybitnego fachowca przypomina podstawianie żabiej nogi gdy konia kują (znowu te przysłowia), a po trzecie, jedyne co Państwo i ja możemy zrobić, to zdzierać gardło pojutrze na Stadionie Narodowym im. Kazimierza Górskiego.
Ciekaw jestem, czy zagra Oskar Pietuszewski, ledwie o rok starszy od Włodzimierza Lubańskiego gdy ten debiutował w reprezentacji. Życzę Oskarowi, by grał jak kiedyś Włodek i by ominęły go kontuzje, które przyhamowały karierę najbardziej utalentowanego polskiego piłkarza w historii. Co prawda pewien nawiedzony internauta z uporem godnym lepszej sprawy dowodzi, że Lubański nie mieści się nawet w dziesiątce najlepszych polskich piłkarzy, ale to typowy alkowpis pisany nocą.
Lubański uchodził za abstynenta, dlatego to jego koledzy z reprezentacji olimpijskiej wydelegowali w trakcie podróży pociągiem po zwycięskim półfinale anno 1972, by uprosił trenera Górskiego o zgodę na wypicie po jednym piwku. Ulubieniec selekcjonera usłyszał zdumiewającą odpowiedź: "nie zgadzam się na jedno, zgadzam się na dwa, ale za trzecie już będę się gniewał".
Pamiętam jedną z fajniejszych imprez towarzyskich w moim długim życiu. Dobre kilka dekad temu spotkałem Włodka Lubańskiego w Kijowie. On obserwował młodych piłkarzy, a ja sędziów na międzynarodowym turnieju. W dniu wolnym od gier polecono mi, bym wraz z Włodkiem stawił się przed hotelem w samo południe. Tam stał już wysłużony autobus marki Ikarus, a w nim czekali słynni ukraińscy piłkarze z czasów pamiętnych meczów Górnik Zabrze - Dynamo Kijów. Błochin, Rudakow i inni. Na działce nad rzeką Desna balowaliśmy do wieczora, w rozgrzanej bani pociłem się z wielkimi sportowcami, a potem biegałem na golasa po ogrodzie, mimo że był listopad. Starsi panowie jak dzieci w przedszkolu. Żadne bankiety FIFA w Monako czy Madrycie nie były lepsze niż ten grill na podkijowskiej działce....
Pamiętam jedną z fajniejszych imprez towarzyskich w moim długim życiu, gdy dobre kilka dekad temu spotkałem Włodka Lubańskiego w Kijowie. Marcin Bulanda / PressFocus
Z zasady nie czytam komentarzy publikowanych w internecie po północy, obarczone są dużym ryzykiem zaćmienia umysłu. Jednemu łobuzowi z Pruszkowa - o dziwo, zatrudnionemu w magistracie warszawskim - jednak nie popuszczę. Użył tylu obelg i gróźb, że mimo ugodowego usposobienia zgłosiłem sprawę gdzie trzeba. Zapraszam na proces, a po wygranej na piknik z wychowankami Domu Dziecka, którym opiekuję się od lat.
Dziennikarze pozasportowi ekscytują się lżeniem polityków przez bywalców stadionów piłkarskich. Zależnie od sympatii politycznych piszącego nazywani są kibolami lub kibicami. Śmieszne to i żałosne. Najlepiej gdyby o sporcie pisali tylko ci, którzy go kochają i czują. Guru polskiego dziennikarstwa Stefan Bratkowski powiedział kiedyś, że zazdrości dziennikarzom sportowym ich wolności. Miał rację, że z wyniku 1:0 nie da się zrobić 0:3, a rekordu wymyślić. Dziś próbuje się wprzęgać sport w rydwan polityki, nigdy tego nie zaakceptuję.
Mam wiele żalu do polskich polityków za wieloletnie zaniechania w kwestii Rzezi Wołyńskiej, ciernia w relacjach narodów Polski i Ukrainy. Nie podoba mi się nazywanie stadionów nazwiskami Bandery i Szuchewycza, ale ubliżanie piłkarzom i kibicom Szachtara Donieck przez fanów Lecha było ohydne. To ma być słynna polska gościnność, którą się tak szczycimy? To raczej obciach i wstyd.
Na szczęście mamy też innych fanów skupionych w organizacji Kibice Razem. Działają w mniejszych ośrodkach, są fajnymi ludźmi, dla których kultura stadionowa nie jest pustym sloganem. Oby ponieśli naszą reprezentację do zwycięstwa nad Albanią razem z przybyłymi z całej Polski rodzinami. Z maleńkiego Karłowa nad jeziorem Mausz na Kaszubach przyjedzie gromada dzieciaków, to będzie ich pierwsza w życiu wycieczka do Warszawy. Oby jedno z nich poszło kiedyś w ślady Oskara Pietuszewskiego, a na razie niech go naśladują, trenując w trampkarzach Słupii Sulęczyno. Takich jak one są w Polsce tysiące, trzeba tylko zejść do nich z pagórka, jak pięknie śpiewał Marek Grechuta.
