Idol na wyciągnięcie ręki
DZIENNICZEK WOLONTARIUSZEK (6)
Idol z bliska! Fot. PAP/EPA
Koniec! Ostatnie zawody, do których byłyśmy przypisane w Predazzo – a więc rywalizacja kombinatorów – już za nami. Przez czternaście dni byłyśmy – niemal codziennie – w środku olimpijskiego młyna. Teraz można było ukraść trochę cennego czasu dla naszych pasji. I idoli oczywiście.
Odpowiednio wcześniej – znając rozkład obowiązków na skoczni i trasie dwuboistów – udało się nam kupić bilety na środową rywalizację biegaczy w sprincie drużynowym. Johannes Klaebo ma swych fanów nie tylko w Norwegii, ale i na całym świecie. W środę trybuny stadionu zimowego w Tesero oszalały, gdy okazało się, że właśnie sięgnął po swoje dziesiąte złoto na igrzyskach, bijąc pod tym względem osiągnięcie wszystkich innych multimedalistów zimowych zmagań. A jeszcze może ten wynik poprawić w sobotę. Ciary nas przeszły, gdy okazało się, że tuż przed nami na trybunach stoi... rodzina Johannesa: rodzice, brat, narzeczona. W końcówce zmagań obserwowały ich kamery telewizji norweskiej, a po dekoracji sam Mistrz przyszedł do nich podać maskotkę otrzymaną podczas dekoracji! I wiecie co? Tak nas zamurowało, że nawet fotki z bliska mu nie strzeliłyśmy...
W piątek z kolei pożegnaliśmy naszą przewspaniałą gospodynię Christinę w Moenie (i jej „przychlebną” i uwielbiającą głaskanie suczkę Sztefi oraz chodzącą własnymi ścieżkami kotkę Ninę) i ruszyłyśmy w dłuuuugą podróż do domu. Pierwszy odcinek wiódł do odległej o kilkadziesiąt kilometrów Anterselvy. W Moenie trzymał mróz i śniegu było po kolana po dwudniowych opadach; Anterselva – leżąca dużo wyżej – przywitała nas... odwilżą. Dojazd do areny biathlonowej – ze względu na wszechobecne błoto – przypominał armageddon. Ale nie tylko udało się zdążyć na czas (a po drodze wymienić ukłonami i uściskami z Tomaszem Zimochem), ale i poczuć atmosferę kibicowskiego szaleństwa biathlonowego. Cała rywalizacja rozstrzygnęła się co prawda w lesie, a na telebimach nie każdy jej fragment było widać, ale i tak każdy przybiegający witany był owacjami. A już wszystkich rzuciła na kolana... ostatnia trójka biegu masowego: Fabien Claude, Campbell Wright i Nicola Romanin. Na początku ostatniej prostej ustawili się w linii i rozegrali... sprint o miejsca 27-29, na dodatek zakończony fotofiniszem! Euforia kibiców sięgnęła zenitu, a samo zdarzenie pokazało, że sport to nie tylko belitosna rywalizacja, ale i świetna zabawa.
A teraz już... do zobaczenia w Polsce!
