Wznowienie rozgrywek ligowych na zapleczu ekstraklasy za pasem. Umowną rundę wiosenną rozpoczną w najbliższy piątek Odra Opole z Bruk-Betem Termalicą Nieciecza, a potem - tego samego dnia - na boisko wybiegną jedenastki Arki Gdynia i Polonii Warszawa. Tymczasem niektóre kluby pierwszoligowe bawią się ze swoim kibicami w ciuciubabkę, utajniając mecze sparingowe i ograniczając się do podania suchego wyniku. Tak, tak, chodzi mi o GKS Tychy i ŁKS Łódź, które „zamknęły” sobotni sparing dla kibiców i dziennikarzy. Gdyby to jeszcze były zespoły, które mają w swoich składach wybitnych piłkarzy, a zimą sfinalizowały transfery topowych zawodników z Europy, to jeszcze byłbym gotów zaakceptować taki manewr. Ale po kiego diabła stosować kamuflaż, skoro mamy do czynienia z pierwszoligowymi przeciętniakami, by nie użyć bardziej dosadnego określenia. Łodzianie w rundzie jesiennej w 19 potyczkach zaksięgowali raptem 26 punktów, zaś drużyna trenera Artura Skowronka o 6 „oczek” mniej. Takie zdobycze nikogo nie mogą powalić na kolana, no, chyba że z rozpaczy. Do trójki wodzirejów (Bruk-Bet, Arka, Miedź) obie wspomniane wyżej drużyny mają „kosmiczną” stratę, więc zniwelowanie tego dystansu jest po prostu niemożliwe. Owszem, mogą łudzić się, że przebiją się do baraży, lecz nie wróżę im sukcesów w konfrontacji z Arką, Miedzią czy Ruchem Chorzów. Panowie, nie róbmy sobie żartów z pogrzebu, bo trenerzy Jakub Dziółka i Artur Skowronek prochu nie wymyślą. To smutne, że szkoleniowcy, którzy przekroczyli już czterdziestkę, potraktowali swoich sympatyków tak, jakby ci starali się o pracę w sklepie z cukierkami. A w trakcie rozgrywek będą oczywiście oczekiwali pełnych trybun i gorącego dopingu z ich strony! Wolne żarty! Sobotni „numer” to ewidentny brak szacunku dla kibiców obu klubów, więc dlaczego „kibole”, czy normalni sympatycy futbolu, mieliby zachować się inaczej. Ja odpłaciłbym tym delikwentom pięknym za nadobne i „pojechałbym” po nich jak ciągnik z bronami, oczywiście nie w dosłownym znaczeniu tego zwrotu. Dyskusja i polemika (jak zwał, tak zwał) z „wszechwiedzącymi” trenerami jest bezcelowa, bo przypominałaby błądzenie w kopalni bez lampy, czy chociażby latarki. Przekonamy się za tydzień, czy ta „zmyłka” było cokolwiek warta, czy też był to klasyczny pic na wodę fotomontaż. Pewnie myślą (piłkarze i trenerzy), że złapali za ogon tygrysa, a ja wcale nie zdziwiłbym się, gdyby okazało się, że to zwykły dachowiec.