Huzia na Józia
POWRÓT DO KORZENI, cotygodniowy felieton Michała Listkiewicza
Jak zapewne Szanowni Czytelnicy zauważyli, w każdym felietonie staram się odwołać do dobrej literatury, którą się kiedyś delektowałem, a dziś wszechwładny internet kradnie mi czas dawniej przeznaczony na czytanie książek. Obserwując frontalny atak na szefostwo polskich sędziów piłkarskich przypomniałem sobie stare powiedzenie „huzia na Józia". Mimo usilnych starań nie udało mi się dotrzeć do źródła tej sentencji, a ze sztucznej inteligencji korzystać nie zamierzam, pomny wtopy pewnej pani ministry od promowania Polski za granicą. Ta miło prezentująca się kobieta o piłkarskim nazwisku Gorgoń zbytnio zaufała nowoczesnym technologiom i... poległa. Trudno inaczej nazwać umieszczenie Katowic na północy Polski czy uznanie języka mandaryńskiego za ulubiony nad Odrą i Wisłą. Szkoda, że w tym raporcie „Polaków portret własny" nie przypisała naszej piłkarskiej reprezentacji mistrzostwa świata, przynajmniej byłoby miło.
Atak na własnych przełożonych to krok ryzykowny, o czym moi młodsi koledzy, Paweł Sokolnicki i Kamil Wójcik, zapomnieli. Tym bardziej gdy opiera się na bardzo subiektywnych odczuciach, by nie rzec pomówieniach. Trafnie to wypunktował Sekretarz Generalny PZPN, Łukasz Wachowski, drugi po prezesie człowiek w polskiej federacji. Mówi się i pisze o nim mało, a jeśli już, to pozytywnie. To ewenement, gdyż jego poprzedników mocno krytykowano, a ze Zdzisława Kręciny, doktora nauk katowickiej AWF, wręcz uczyniono ochlaptusa, co jest kłamstwem. Przyprawianie gęby to polska specjalność (Gombrowicz się kłania), atakowanie metodą „huzia na Józia” też. Do antysędziowskiej szarży przyłączył się sam Lukas Podolski, o którym mam jak najlepszą opinię. Trafił kulą w płot. Nikt w Polsce nie zna Bundesligi tak dobrze jak Podolski, zatem powinien wiedzieć, że poziom arbitrażu po obu stronach Odry jest zbliżony z lekkim wskazaniem na Polskę. Poza tym u nas nie przywraca się do zawodu ludzi skazanych za korupcję, a w Niemczech jak najbardziej tak. „Umiemy się tylko kłócić i kochać, a nie umiemy się różnić pięknie i mocno" - pisał Cyprian Kamil Norwid, z kolei Szekspir przekonywał, że „zły to ptak, co własne gniazdo kala", co niniejszym dedykuję zbuntowanym kolegom z sędziowskiej rodziny.
Na polskich stadionach pojawiły się herby Lwowa i Wilna, niegdyś polskich, a dziś ukraińskich i litewskich miast. Podoba się to Zbigniewowi Bońkowi w ramach wsparcia dla serdecznego kolegi Bogusia Leśnodorskiego, kiedyś prezesa Legii i Motoru, dziś z wolną kartą na ręku. Jakie byłyby reakcje w Polsce gdyby na stadionie Bundesligi pojawiły się herby Szczecina (Stettin), Wrocławia (Breslau) czy Zabrza (Hindenburg)? Pełne słusznego oburzenia!
Jakub Szymański najwyraźniej zapomniał, że czasami milczenie jest złotem... Fot. Michał Laudy/PressFocus.pl
Srebrny medalista niedawno zakończonych lekkoatletycznych ME, Jakub Szymański, w ostrych słowach przejechał się po jednym z najlepszych komentatorów telewizyjnych, Marku Rudzińskim. „U was pracuje taki komentator pan Rudziński?" - odpowiedział na pytanie dziennikarza TVP o ocenę swojego świetnego biegu. „Tylko idiota albo osoba, która nie zna się na sporcie" - tu jeszcze bardziej pobiegł przez płotki po bandzie. Sodówka po sukcesie? 24 lata to już poważny wiek, pora wydorośleć. Utalentowanego biegacza z moich od dekady stron (mieszka w Gdyni, trenuje w Sopocie) uświadamiam, że Marek Rudziński jest laureatem prestiżowej nagrody Grand Press im. Bohdana Tomaszewskiego i ostatnio nagrody AIPS, czyli Międzynarodowego Stowarzyszenia Dziennikarzy Sportowych, a także wicemistrzem Polski w koszykówce w barwach Polonii Warszawa. Dystans 110 metrów przez płotki biegali kiedyś z sukcesami bracia Leszek i Mirosław Wodzyńscy oraz świetny później dziennikarz Marek Jóźwik, notabene mentor Rudzińskiego w zawodzie komentatora. Życzę Jakubowi Szymańskiemu bo dorównał im klasą ludzką, a co do sportowej - by pobił rekord świata, a to tylko pół sekundy dzisiaj. Pozostając przy królowej sportu wyrażam rozczarowanie sposobem nagradzania medalistów podczas ME w Birmingham. Przypadkowi ludzie z obsługi chyłkiem podawali medale wybitnym sportowcom niczym komik lizaki w cyrku. Wiem, że gdy wyłączono już kamery najważniejszych stacji telewizyjnych, odbywała się tradycyjna ceremonia, ale była to już musztarda po obiedzie, tylko dla koneserów. Nigdy nie zapomnę łez Władysława Komara, twardego chłopa o gabarytach szafy, gdy zawieszano mu złoty medal olimpijski, ani moich łez gdy niósł się z telewizora Mazurek Dąbrowskiego po walce Jerzego Kuleja, a ja zawalałem noc nie bacząc na klasówkę w szkole. Za całkiem niezły dorobek medalowy polskich lekkoatletów spotkały nie tylko zasłużone gratulacje, bo zdarzyły się też ataki za brak złota. Czasami srebro też jest złotem jak mowa i milczenie. Są co prawda wyznawcy amerykańskiego podejścia do rywalizacji, zgodnie z którym drugi na mecie to zarazem pierwszy przegrany, ale ja tego nie kupuję. To raczej filozofia Donalda Trumpa, którego marzenie o przejściu do historii jako najlepszego amerykańskiego prezydenta w historii są coraz mniej realne. Pół wieku temu krytykę za „tylko" srebrny medal przeżył najlepszy w historii polski trener piłkarski, Kazimierz Górski. Tak się nią przejął, że obrażony wyjechał do Grecji, gdzie odnosił wielkie sukcesy.
Znajomi coraz częściej pytają mnie o topniejącą jak śnieg na lodowcach liczbę Polaków w piłkarskich ligach. Nie znam odpowiedzi gdyż dla właścicieli klubów to już nie niebo, a piekło jest granicą (sky is the limit). Jako odtrutkę coraz częściej oglądanie meczów ekstraklasy zastępuję wizytami na prowincjonalnych boiskach. Niestety, nawet w czwartej lidze zdarza się, że o wyniku przesądza Delene Shegun i Cgiiechii Caleb, a nie Nowak, Wiśniewski czy Kowalski. Naprawdę w Tarnowie nie ma zdolnej młodzieży, z którą utożsamia się lokalna społeczność? To zawsze miło gdy na boisku pojawia się kumpel ze szkoły, syn sąsiadów lub kolegi z pracy. Moje nowe odkrycie to Graf Chodywańce, klub spod ukraińskiej granicy na pięknym Roztoczu. Wójt gminy Jarczów, Tomasz Tyrka, były piłkarz, jest dumny z awansu do zamojskiej okręgówki, a ja szczerze zachęcam, by odwiedzić strony, gdzie woda czysta i trawa zielona, wiekowe cerkiewki kuszą pięknem, a ludzie są do rany przyłóż. W długiej drodze powrotnej (jak zawsze pociągiem) zgłębiłem ciekawą książkę Anny Czapli i profesora Mariusza Kopcia z KUL, „Język a sport". Po tej lekturze mam więcej wyrozumiałości dla komentatorów - to ciężki kawałek chleba.
