Himalaje w Szczecinie
Rozmowa z Igorem Drapińskim, stoperem młodzieżowej reprezentacji Polski, piłkarzem Piasta Gliwice
Mecz z Czarnogórą (2:0) Igor Drapiński przypłacił rozbitym nosem. Punkty jednak się zgadzały! Fot. Marcin Bulanda / Press Focus
REPREZENTACJA U-21
Pojechał pan zapewne na zgrupowanie młodzieżówki w dobrym nastroju. Piast wygrał w Katowicach, pan zdobył pierwszą bramkę w ekstraklasie. Emocje?
- Spore. Szczęście, radość. Generalnie fajnie, że pomogłem drużynie zwyciężyć.
Sytuacja nie była oczywista, ale z drugiej strony – dość szczęśliwa...
- Faktem jest, że piłka niespodziewanie „spadła na nóżkę”. Znalazłem się po prostu w odpowiednim czasie i w odpowiednim miejscu. Co ciekawe, dzień wcześniej na treningu miałem identyczną sytuację i... nie trafiłem. Więc po meczu w Katowicach śmiałem się, że widocznie zostawiłem sobie ten strzał właśnie na ligę.
Szanując naszą ekstraklasę i katowiczan, trzeba chyba powiedzieć, że poprzeczka idzie w górę. Już w piątek zagra pan przeciwko facetom z Serie A!
- Mecz w Szczecinie to rzeczywiście – że tak powiem... - „Himalaje” w tej grupie. Starcie z Włochami będzie szczególne; już choćby dlatego, że zapowiada się rekord frekwencji. To megafajne uczucie zagrać przed taką publiką, a raczej - dla niej. Najważniejsze jednak, byśmy udowodnili, że nasze dotychczasowe zwycięstwa w tej grupie nie były przypadkiem.
Gros wiedzy na temat przeciwników dostarcza wam reprezentacyjny sztab. A pan sam dla siebie też zrobił przegląd tego, co was w piątek czeka?
- Zdarzyło mi się już dwukrotnie grać przeciwko Włochom w kategorii U-19, wielu chłopaków z tamtego zespołu dziś stanowi trzon włoskiej młodzieżówki.
Jak pan tamte boje wspomina?
- W turnieju eliminacyjnym przegraliśmy 0:1 po golu straconym z rzutu karnego w doliczonym czasie gry. Zaś już w samych finałach mistrzostw Europy zremisowaliśmy 1:1. Sporo w tych grach było bezpośredniej walki, trochę taktycznych zagrywek – bez zdecydowanej przewagi którejś ze stron.
Hm... Najpierw porażka, potem remis... Czyli teraz – w myśl zasady „do trzech razy sztuka” - pora na zwycięstwo?
- Nie dopuszczam innego scenariusza (śmiech).
Mało kto wie, że ma pan w CV tytuł mistrza Polski do lat 17. Niemal żaden z ówczesnych pana kolegów z UKS SMS Łódź nie dotarł jednak do ekstraklasy. Czemu?
- Nie wiem. Paru jest w pierwszej lidze, może jeszcze się przebiją? Piłka juniorska nie ma takiego oczywistego przełożenia na futbol seniorski. To wręcz... inny sport, do którego młody musi się zaadaptować. Mnie się udało, choć początek przygody z ekstraklasą miałem trudny. W Płocku właściwie nie grałem, hamowały mnie kontuzje. Tak naprawdę regularnie gram dopiero od półtora roku, od chwili przeprowadzki do Piasta.
I w Płocku, i w Piaście w ubiegłym sezonie był pan ustawiany głównie na lewej stronie obrony. Teraz jest pan stoperem. Trudno się było przestawić?
- No właśnie nie. Z perspektywy czasu sądzę, że byłem przygotowywany na granie w roli stopera; zresztą i w juniorach, i jeszcze wcześniej, tak właśnie mnie ustawiono. Te występy na boku defensywy w Płocku, a potem w Gliwicach zaordynowano mi, żebym nabrał większego doświadczenia, ale moją docelową pozycją jest środek obrony. Tam się zresztą czuję najlepiej.
Rozumiem, że występy w kadrze u boku Miłosza Matysika to jestto, co tygrysy lubią najbardziej?
- Tak. Znamy się długo, rywalizowaliśmy w CLJ-otkach w różnych kategoriach wiekowych, a w reprezentacjach juniorskich gramy już ze sobą ładnych parę lat. I dobrze się nam współpracuje.
No to jeszcze całkiem bezpośrednie pytanie na koniec. Na razie macie 12 punktów w eliminacjach mistrzostw Europy. Ile będziecie mieć we wtorek wieczorem?
- Idę va banque: osiemnaście!
Rozmawiał Dariusz Leśnikowski
