Gościnni i hojni

KOMENTARZ „SPORTU" - Tomasz Mucha

Po dziesięciu latach od ostatniej edycji katowickiego turnieju WTA zapowiadało się na wspaniałe tenisowe wydarzenie na Górnym Śląsku: pasjonujący bój ze znakomitymi Ukrainkami o awans do turnieju finałowego Billie Jean King Cup, do którego prowadzić miała Iga Świątek, a wszystko w wypełnionej po brzegi przez dwa dni 13-tysięcznej PreZero Arenie. Nie można było tego spartolić.

Skończyło się najgorzej, jak mogło: Świątek zrezygnowała z występu w Gliwicach, Polki bez najlepszej tenisistki dostały lanie 0:4, a na trybunach - według oficjalnych szacunków - zasiadło około 10 tysięcy widzów - łącznie, przez dwa dni! Niby całkiem dużo jak na niszową w Polsce dyscyplinę - podobno najwięcej od ponad dekady i meczu z Rosjankami w Tauron Arenie (2015); na dodatek w sytuacji, gdy magnes całego przedsięwzięcia postanowił się odkleić. Umówmy się jednak, że te 10 z 27 tysięcy potencjalnie dostępnych miejsc (łącznie w piątek i w sobotę) to ledwie nieco ponad jedna trzecia wypełnienia nowoczesnego i rozległego gliwickiego obiektu.

Plany na pewno były ambitniejsze. Szkoda w tym wszystkim wysiłków prezesa areny, Marcina Gawrona, i jego zespołu. Trudno mieć za złe wielokrotnemu mistrzowi Polski, a dziś ambitnemu menedżerowi, że bardzo zależało mu na organizacji tego meczu i jego rozmachem chciał przebić wszystko, co do tej pory w kraju z perspektywy tenisa widzieliśmy. Wyszło tak sobie, ale bez jego winy.

Przypomnijmy jednak, że wcale nie musieliśmy tego meczu organizować - jego gospodarzem miała być Ukraina, ale wtedy musiałby się odbyć na neutralnym terenie, może w Turcji albo w Hiszpanii. Dlatego świetnym pomysłem było zaproponowanie Ukraińcom zorganizowanie spotkania u nas, nawet jeżeli za tę zgodę trzeba było im zapłacić. Ale zdaje się, że sens miało to pod warunkiem, że zagrają wszystkie najlepsze tenisistki, na czele z byłą numer 1 na świecie Igą Świątek, która tak rzadko ma okazję wystąpić przed kibicami w kraju. Tymczasem nie zawiodły jedynie Ukrainki - do Gliwic w środku sezonu przyjechały siódma na świecie Elina Switolina i 27. Marta Kostjuk. Trudno nie odnieść wrażenia, że dla nich gra w niebiesko-żółtych barwach państwa, w którym toczy się wojna, to coś zdecydowanie więcej niż dla innych…

O powodach absencji Świątek oraz ich „za i przeciw” już w „Sporcie” pisaliśmy, nie ma co do tego wracać. Przynajmniej kibice mają jasność co do tego, jakie turnieje w tenisie - sporcie indywidualnym - liczą się dla sportowców, a jakie (czytaj: reprezentacja) liczą się mniej. Ciekawym paradoksem w tym wszystkim jest jednak fakt, że wiceprezesem Polskiego Związku Tenisowego jest Daria Sulgostowska, „PR & Communications Manager” tejże Igi Świątek. Ale - jak widać - w niczym nie pomogło to przekonać samej tenisistki. Faktem bezspornym jest, że jej jedna prosta decyzja „położyła” wszystko: od wyniku sportowego, przez liczbę potencjalnych widzów, po spodziewane zyski z wydarzenia. Dodajmy, że specjalnie dla Świątek zdecydowano się usypać pod gliwickim dachem nawierzchnię ziemną, co było operacją wcale nie tanią, a na pewno kilka razy droższą od kosztu położenia sztucznego kortu typu hard.

Oczywiście, udział Świątek w gliwickim meczu w żaden sposób nie gwarantował sukcesu na korcie - Switolina pokonała już Raszyniankę w marcu w Indian Wells, choć na korcie twardym; równie dobrze tenisistka z Odessy mogła ten wynik powtórzyć na mączce, ale przynajmniej kasa z biletów by się zgadzała, podobnie zresztą jak „medialny ekwiwalent marketingowy” wydarzenia.

Trudno też przejść obojętnie obok kolejnego strzału w stopę, czyli braku w Gliwicach drugiej w kolejności Polki w światowym rankingu. Nagabywany przez „Sport” kapitan Dawid Celt prychnął, że „nie ma tematu Magdaleny Fręch w reprezentacji, na tym chciałbym zakończyć”, ale konsekwencji tego gestu nie da się zbyć zadarciem nosa: zakładam, że waleczna Łodzianka postawiłaby się jednak nieco bardziej Switolinie, a potem może i Kostjuk, niż zrobiła to notowana ponad 100 pozycji niżej Katarzyna Kawa, a szanse polskiej drużyny na sukces byłyby większe. Więc dlaczego Fręch nie ma w reprezentacji od ponad roku?

Wieść gminna niesie, że chodzi o zaszłe rozliczenia i ujmę na honorze - Fręch miała dostać za grę w Biało-czerwonych barwach (w finałach BJKC w listopadzie 2024 w Maladze?) mniej złociszy niż Magda Linette. Jeżeli tak było i nie chodzi o jakąś inną animozję, np. z samym Celtem, to czy naprawdę przed tak ważnym meczem i wobec absencji liderki drużyny, nie można było tego jakoś załatwić, dla dobra wyższego? I jeszcze jedna niczego sobie konsekwencja - jednym z warunków światowej federacji ITF udziału tenisistek i tenisistów w igrzyskach olimpijskich jest bowiem występ w narodowej reprezentacji w kilku wcześniejszych meczach BJKC lub Pucharu Davisa (mężczyźni). Czyżby więc Magdalena Fręch i PZT świadomie rezygnowali już z olimpijskiej rywalizacji Łodzianki za dwa lata w Los Angeles?

Chcieliśmy również takie pytania zadać prezesowi Polskiego Związku Tenisowego Dariuszowi Łukaszewskiemu - niestety, nie mieliśmy okazji.

W każdym razie bilans meczu Polska - Ukraina wyszedł mniej więcej tak: zaprosiliśmy do siebie rywalki, zapłaciliśmy za to wcale niemało, przyjęliśmy je z pełnymi honorami, dając się zlać na kwaśno i jeszcze na tym „widowisku” nie zarobiliśmy. Ależ mamy gest!

Magda Linette została pokonana przez Martę Kostjuk, a mecz Polski z Ukrainą trudno uznać za jakikolwiek sukces. Fot. Krzysztof Porębski/PressFocus

Materiał premium

Dalsza część jest dostępna dla subskrybentów

Odblokuj pełne wydanie i korzystaj bez ograniczeń. Czytaj ekskluzywne wywiady, analizy i felietony sportowe. Słuchaj podcastów oraz oglądaj materiały wideo.

Zobacz pakiety i odblokuj wydanie

Dostęp od 12,50 zł • BLIK / karta • Anulujesz online, kiedy chcesz

Masz już dostęp? Zaloguj się