Futbol Zbójecki

WYMIANA KOSZULEK - Wojciech Kuczok

Drużyna z lasu Robina Hooda trenowana przez Ducha Świętego jest na autostradzie do Ligi Mistrzów. Liverpoolu pewnie nie przegonią (choć po wtorkowym remisie mają z nim korzystny bilans!), każda zmiana w skostniałej hierarchii najbogatszej ligi świata raduje moją duszę. Ten sezon to już nie zmiana, tylko prawdziwa rewolucja. W ostatnich siedmiu sezonach sześciokrotnie mistrzem Anglii zostawali obywatele z Manchesteru, więc Premiership oglądałem sporadycznie, bo nie ma dla kibica czynności bardziej smętnej niż śledzenie zmagań, których wynik już się zna. Teraz The Citizens grzęzną w kryzysie, o jakim się im nie śniło – w środę będą się szarpać w Paryżu o to, by nie zakończyć występu w europejskich pucharach już na etapie grupowym, a w rozgrywkach krajowych idzie im tak kiepsko, że mogą mieć kłopoty z kwalifikacją do kolejnej edycji Champions League.

Tymczasem na trzecim miejscu dzielnie trzymają się „The Tricky Trees” z Nottingham, największa sensacja rozgrywek, klub, który ostatni raz zakończył rozgrywki na podium przed trzydziestu laty. Rządził w Europie na przełomie dekad 70/80, ma więcej triumfów w Pucharze Mistrzów, niż na krajowym podwórku (obronił wygraną w PEMK w 1980), ale najstarsi zbóje z Lasu Sherwood ledwie to pamiętają.

Twórcą tej krótkotrwałej potęgi był legendarny Brian Clough, trener, który skromnie mówił o sobie, że „nie był najlepszym manedżerem, ale mieścił się w TOP 1”. Dziś jego imieniem nazwana jest jedna z trybun City Ground, na którym grają piłkarze Forest. Stadion zresztą wygląda na gratkę dla miłośników ruchu against modern football – każda z trybun stoi osobno, każda ma inny wymiar i kształt, co wobec wypieszczonych za petrodolary nowoczesnych aren w Londynie czy Manchesterze sprawia wrażenie cokolwiek ubożuchne.

„To my jesteśmy naprawdę Czerwoni” – taki przekaz dnia wywiesili kibice z Nottingham na mecz z liderem. I co z tego, że Liverpool przetrzymywał piłkę (71 procent) - za posiadanie można dostać parę lat pod celą, ale punktów za to nie dają. Portugalski opiekun prawdziwych „The Reds”, Nuno Espirito Santo, doskonali u swoich piłkarzy efektywność – przeciwnicy mogą być przy piłce, ale póki nie wiedzą, co z nią zrobić, zagrożenia nie ma, tymczasem kontry Nottingham Forest są zabójcze. Nie ma czasu na myślenie, akcja rozwija się dzięki kilku podaniom z pierwszej piłki, gol pada, zanim rywale zdążą się zorientować, że istnieje takie zagrożenie – zanim zacznie śmierdzieć bramką, Forest już wygrywa.

Mam słabość do takich ekip – nawet, jeśli szybko gasną i nie dołączają na trwałe jako nowa siła w futbolu. Od czasu szalonego wzlotu Leicester brakowało takich harcowników w Anglii. Na naszym, śląskim podwórku taką piłkę prezentowały niegdyś Ruchy – ten z Radzionkowa w pierwszym ekstraklasowym sezonie i ten z Chorzowa zawsze wtedy, gdy był na topie. W bramce mają Matza Selsa, który ma się do Tybalta Courtoisa jak Ter Stegen do Manuela Neuera – to bramkarz znakomity, który miał pecha grać w czasach bramkarza wybitnego i tylko dlatego nie został reprezentacyjnym numerem jeden. W końcówce meczu z Liverpoolem wybronił kolegom remis, a to nie pierwsze punkty, które mu w tym sezonie zawdzięczają. W obronie profesurę zwyczajną broni dwudziestodwuletni Brazylijczyk Murillo, najbardziej gorące nazwisko w drużynie, piłkarz dla defensywy nieoceniony, mistrz przechwytów, który napędza mordercze kontrataki. Na prawej obronie biega ile wlezie Ola Aina – piłkomiot, dzięki któremu auty boczne Nottingham Forest są równie groźne, co rzuty rożne. Z przodu biegają chłopcy o podwójnych nazwiskach i poczwórnych płucach – Calklum Hudson-Odoi i Morgan Gibbs-White, a na szpicy frustruje rywali Pan Drewno, Chris Wood, niemłody Nowozelandczyk o urodzie i technice drwala – imponujący precyzją, gole zdobywa bez zbędnych ceregieli, na które zwykle po prostu i tak nie ma czasu. Bo w Nottingham Forest piłki się nie przetrzymuje, zabiera się ją bogatym i podaje biednym, którzy robią z niej błyskawiczny użytek – mecze chłopaków Espirito Santo ogląda się w tym sezonie jak film o Księciu Złodziei. I nawet jeśli w przyszłości podzielą los efemerydy z Leicester i staną się raczej parodią legendy (jak „Faceci w rajtuzach”), tej zimy nie sposób ich zbójeckiego futbolu nie kochać.