Fort Kulesza

REMANENT – cotygodniowy felieton Jerzego Chromika

Karczew czy Otwock – oto jest teraz pytanie! Takie otwarcie felietonu potwierdza, że ciągle kusi ponadczasowy Szekspir. Przed takim dylematem, gdzie mieć twierdzę warowną, stoi od dziesięcioleci związek, nasz niby piłkarski.

Długo, bardzo długo wynajmował pięterko w zabytkowej kamienicy w Alejach Ujazdowskich i to pod numerem 22. Adres był łatwy do zapamiętania, bo to przecież suma dwóch jedenastek jednego klubu, nawet klasy C, podczas codziennej gierki treningowej. To właśnie tam, pod U-22, poznałem Kazimierza Wielkiego Górskiego, a zaraz potem jedynego trenera, który łapówkom ligowym się nie kłaniał.

Tamci działacze PZPN mieli luksusowo. Z okien był widok na lokal SPATiF, gdzie można było przyjąć o dowolnej porze dnia i nocy, nawet przed mityczną trzynastą. Choćby z Himilsbachem. Wystarczyło tylko przejść przez ulicę. Nie było tam co prawda „zebry”, a więc i świateł ulicznych, ale z każdego zatrzymania poza przejściem dla pieszych łatwo było się wytłumaczyć i uniknąć mandatu. Twarze działaczy były bowiem znane nawet szeregowym milicjantom. No to który by się odważył zatrzymać Gmocha po niedozwolonym przejściu?

Kolejny adres „związku obunożnego” to była Miodowa. Nazwa ulicy nieprzypadkowa, dość starannie dobrana. Lokal był jak miód na każde serce. Coś jak zwycięstwo reprezentacji z San Marino. To tam rzecznikami związku byli legendarni Janusz Atlas i Andrzej Strejlau. Dni płynęły tam niezbyt spokojnie, choć nikt nie groził podpaleniem wycieraczek.

Wreszcie PZPN wynajął sobie prawie docelowe gniazdko, oddające najpełniej skalę wyzwań boiskowych. Działacze rozpakowali się bowiem przy Bitwy Warszawskiej. Tam też bywałem, ale już w czasie twórczości schyłkowej. Stały tam bramki, takie jak w metrze, a potem wprowadzono czytniki elektroniczne i starannie wydawano przepustki na okaziciela. Strach przed wejściem wrogiego elementu dziennikarskiego był bowiem w centrali od jej zarania, jak powtarza redaktor od La Liga.

A gdy doszedł do władzy Grzesio Lato, to od razu zapragnął być na swoim! Kupił więc działkę w Wilanowie, bo marzył mu się szklany dom, w dodatku na koszt Józka Blattera. Niedaleko Świątyni Opatrzności Bożej, ale nie doczekał budowy, bo posądzony o łapówkarstwo i zawyżenie ceny zakupu przegrał batalię o reelekcję. I chwasty wilanowskie odetchnęły sobie z ulgą. Pies z kulawą nogą tam już nie zaglądał, a związek nadal płacił krocie za wynajem.

Ale do czasu, bo przyszło opamiętanie. Przecież nie można bez końca dzierżawić! Po udanym Katarze prezes K. kupił sobie więc cały budynek przy Bitwy Warszawskiej. Teraz ma tam nawet studia VAR, więc ten może niedługo ustali, co dzieje się z tą działką po Lacie. I jakie chwasty teraz tam rosną.

Ale po co komu ta działka, skoro teraz aż dwa podstołeczne miasteczka biją się o prawo goszczenia PZPN i niezłomnego prezesa. Ma powstać reprezentacyjny kompleks treningowy, obiecany jeszcze w 1972 roku na Dzień Piłkarza. To będzie baza z prawdziwego zdarzenia, taki okazały FORT KULESZA, na miarę naszych czasów i osiągnięć rankingowych. Pewnie będzie przypominał następnym pokoleniom, kto tak roztropnie zawiadywał polską piłką przez co najmniej dwie kadencje. Dodajmy bez sarkazmu – nadzwyczaj udane!

Po owocach ich poznacie? Znane powiedzenie! No, ale najpierw trzeba posadzić jabłonie, śliwki, gruszki i porzeczki (a może jednak poprzeczki? – przyp. gak). Jest jednak spór w doktrynie. Lokalizacyjny. Szykowano się powoli do radosnego Mazura, gdy do gry wszedł Otwock! Ze wstawiennictwem pierwszego kibica akcje tego drugiego idą ponoć w górę i może się rychło okazać, że nawet utytułowany ekspert Wit Żelazko niewiele wskóra. Kaszanka nie wszystkim teraz w smak, mimo mody na potrawy orientalne. A pamiętam jeszcze reklamę przed dworcem Warszawa Ochota – podaruj sobie odrobinę luksusu! Chodziło o kaszankę.

Tak to już w mieście stołecznym bywa, że jest jak na defiladzie pierwszomajowej – Wola maszeruje, a Ochota już przeszła. „Dom to moja twierdza” – przekonywali nas od wieków Anglicy. „Tam mój dom, gdzie moje tabletki” – dodał niedawno jakże celnie Andrzej Poniedzielski. Tabletki mogą wszak być ukryte także w forcie, nawet takie na odzyskanie pamięci.

A każdy prezes powinien mieć taki fort, na jaki naprawdę zasługuje! Przecież prezes K. był przez dwie kadencje Bońka wiceprezesem, a niedawno ku rozbawieniu wszystkich zaczął swoją drugą jako Wszechmogący. Mógł przez ten czas wbić co najmniej sto nagich łopat w Karczewie i uciąć spekulacje o Otwocku. Nie będzie mu byle minister i kibol dyktował, gdzie ma być baza, bo to on odpowiada od ponad 14 lat za nadbudowę.

„Zebra” czeska, nie stołeczna. Fot. JCH

Materiał premium

Dalsza część jest dostępna dla subskrybentów

Odblokuj pełne wydanie i korzystaj bez ograniczeń. Czytaj ekskluzywne wywiady, analizy i felietony sportowe. Słuchaj podcastów oraz oglądaj materiały wideo.

Zobacz pakiety i odblokuj wydanie

Dostęp od 9,90 zł • BLIK / karta • Anulujesz online, kiedy chcesz

Masz już dostęp? Zaloguj się