Finałowe awantury. Aż trudno uwierzyć!
Zejście z boiska, odmówienie udziału w ceremonii odebrania medali, kłótnia o piłkę, a nawet... pożar! W historii gier o złoto zapisało się wiele skandali.
Miliony Senegalczyków świętują zdobycie mistrzostwa Afryki po finale, którego o mało co nie dokończono. Fot. PAP / EPA
Za nami wielka międzynarodowa impreza, czyli Puchar Narodów Afryki. Relacjonowany przez nas z Maroka jubileuszowy, bo 35 Coupe d’Afrique, przeszedł do historii – także pełen nie tylko piłkarskich emocji niedzielny finał na Prince Moulay Abdallah Stadium w Rabacie, gdzie gospodarze rywalizowali z Senegalem.
Zeszli z boiska
Przed tym starciem więcej było o brudnych zagrywkach niż o piłce. Lwy Terangi miały pretensje o złe przyjęcie w Rabacie po tym, jak przenieśli się do stolicy Królestwa Maroka z Tangeru, gdzie wcześniej grali. Potem poszło o sędziów. Już wcześniej było wiele kontrowersji. W ćwierćfinale po interwencji gospodarzy z zestawu arbitrów na mecz Lwów Atlasu z Kamerunem został odsunięty algierski sędzia Mustapha Gorbal. Finał gwizdał Jean-Jacques Ndala z DR Konga i w II połowie w doliczonym czasie najpierw nie uznał gola dla Senegalu zdobytego przez Ismaila Sarra, a potem podyktował karnego dla Marokańczyków. W proteście rywale, zachęcani przez własnego selekcjonera Pape Thiaw, zeszli do szatni, nie chcąc kontynuować gry! Sytuacja bez precedensu, wszystko na oczach szefa FIFA Gianni Infantino. Sytuację uratował Sadio Mane i… Brahim Diaz. Pierwszy zachęcił swoich kolegów do powrotu na murawę, a drugi nie wykorzystał jedenastki, uderzając fatalnie. II połowa przedłużona została o prawie 24 minuty! W dogrywce triumfował Senegal, zdobywając swoje drugie mistrzostwo kontynentu. CAF prowadzi dochodzenie w całej sprawie…
Też nie chcieli grać
To odosobniony przypadek, że jeden z rywali nie chciał zagrać? Nic podobnego! W finale XI piłkarskich mistrzostw świata na stadionach w Argentynie spotkali się gospodarze z Holandią. W szeregach "Oranje" nie było wtedy Johanna Cruyffa (bał się o swoje bezpieczeństwo), ale byli inni. Jednym z nich był Rene van de Kerkhof, jeden ze słynnych piłkarskich bliźniaków, jego brat Willy też był reprezentantem. Obaj zagrali zresztą razem w finale 25 czerwca 1978 na stadionie River Plate w Buenos Aires. Mało jednak brakowało, a do meczu by nie doszło!
Najpierw gospodarze kazali kilka minut czekać rywalom na ich pojawienie się na murawie. Pierwsze opóźnienie. Potem ekipa Albiceleste zakwestionowała opatrunek na prawej ręce grającego z nr 10 Rene van de Kerkhofa. We wcześniejszych meczach 26-letni wtedy zawodnik PSV Eindhoven mógł spokojnie występować. W decydującej grze gwiżdżący finał włoski arbiter Sergio Gonella zakwestionował wszystko. – W porządku. Jeżeli nie może grać, to my też schodzimy z boiska – powiedział kapitan Oranje Ruud Krol. Jak się skończyło? Nałożono dodatkowe bandaże na rękę van de Kerkhofa i mógł zagrać w grze o złoto, którą Holendrzy, jak cztery lata wcześniej na zachodnioniemieckich boiskach i tak przegrali. W odpowiedzi na te wydarzenia Holendrzy nie wzięli jednak udziału w ceremonii rozdania medali.
Kłótnia o... piłkę
Jeśli jesteśmy przy mistrzostwach świata, to nie sposób nie wspomnieć o tym, co działo się przed pierwszym historycznym turniejem o Puchar Świata, który rozegrano na urugwajskich boiskach w 1930 roku. Finał tych pierwszych rozgrywek odbył się w środę, 30 lipca 1930 roku. Mało nie poprzedził go… konflikt zbrojny pomiędzy obu finalistami - Urugwajem i Argentyną! Poszło o wejściówki na decydujące starcie. Sąsiedzi zza La Platy otrzymali „tylko” 20 tys. biletów, a chcieli znacznie więcej. „Zwycięstwo albo śmierć!”, „Argentyna tak, Urugwaj nie!” – takie hasła widniały podczas wielkiej manifestacji w Buenos Aires. Już przed samym meczem kolejna awantura, tym razem o to, którą… piłką grać! Argentyńczycy chcieli, żeby była to ich skórzana futbolówka, gospodarze, żeby ich. Ostatecznie prowadzący mecz belgijski arbiter John Langenus zaproponował kompromisowe rozwiązanie, jedną połowę grano piłką urugwajską, a kolejną argentyńską. Co do rozjemcy, to... miał przygotowaną drogę ucieczki, gdyby w finale coś poszło nie tak… Południowoamerykański futbolowy fanatyzm nie zna bowiem granic.
Pożar na stadionie
Te zostały przekroczone w pierwszym finale Copa America czy raczej Campeonato Sudamericano w 1916 roku. W Europie trwała wtedy Wielka Wojna, ginęły miliony ludzi. Za Atlantykiem grano. W pierwszej edycji zmagań w Ameryce Południowej zagrały cztery reprezentacje, obchodzący akurat wtedy stulecie swojej niepodległości Argentyńczycy, ich wielki rywal w późniejszych latach Urugwaj, a także mniej licząca się w tamtym czasie Brazylia i Chile. W decydującej grze Argentyna grała z Urugwajem i do meczu nie… doszło. 17-tysięczny stadion Racingu w Buenos Aires był za mały, żeby wszystkich pomieścić. Ludzie tłoczyli się wszędzie, a kiedy doszło jeszcze do zaprószenia ognia na obiekcie, to decydujący mecz został odwołany. Zagrano kilka dni później. Bezbramkowy remis dał Urusom pierwszy, historyczny tytuł. Potem zdobywali dwa olimpijskie złota (1924, 1928) i oczywiście zostali pierwszym mistrzem świata, pokonując na igrzyskach w Amsterdamie i na Estadio Centenario dwa lata później oczywiście... Argentynę.
Mistrzostwo na wysokościach
Jeśli jesteśmy przy Ameryce Południowej i przy meczach o złoto, to wspomnieć trzeba jeszcze 1963 rok i jedyne mistrzostwo tego kontynentu, które zdobyła Boliwia. Kiedy gospodarze tamtych zmagań ogłosili, że mecze będą rozgrywane w miejscowościach Cochabamba i La Paz, wybuchły głośne protesty. Administracyjna stolica Boliwii La Paz leży przecież na wysokości grubo ponad 3000 m. n.p.m. Ciężko tam oddychać, a co dopiero grać w wysokogórskich warunkach. Z tego powodu z turnieju wycofał się obrońca tytułu Urugwaj, a Argentyna i urzędujący wtedy mistrz świata Brazylia (która mistrza kontynentu nie mogła zdobyć w latach 1950-1988) wysłały drużyny rezerwowe. Słabość mocarzy wykorzystali maluczcy południowoamerykańskiego futbolu. 31 marca 1963 po wygranej w La Paz z Brazylią 5:4 swoje pierwsze - i jak dotychczas ostatnie - mistrzostwo zdobyła Boliwia.
Michał Zichlarz
Machanie banknotami
Afrykańska Konfederacja Piłkarska (CAF) prowadzi dochodzenie w sprawie wydarzeń podczas niedzielnego finału Pucharu Narodów Afryki pomiędzy Senegalem a Marokiem (1:0). Na razie rozpatrzono wątpliwości w związku z ćwierćfinałowym meczem Nigerii z Algierią w Marrakeszu (2:0), który odbył się w sobotę 10 stycznia. Po meczu doszło do bijatyki i ogólnego zamieszania. Prowadzący spotkanie senegalski arbiter Issa Sa opuszczał boisko w obstawie ochroniarzy.
Na dwa mecze zawieszony został algierski bramkarz Luca Zidane, a na cztery (dwa w zawieszeniu) Rafik Belghali. Wszystko za nieodpowiednie zachowanie. Na Algierską Federację Piłkarską nałożono też srogie finansowe kary - za kilka wykroczeń, w tym za to, że kibice machali banknotami w kierunku prowadzących mecz! Łącznie La Federation Algerienne de Football (FAF) musi zapłacić aż 100 tys. dolarów. Główna kara, bo 50 tys. dol. to efekt machania banknotami, 25 tys. - za niewłaściwe zachowanie piłkarzy i oficjeli zaraz po meczu, 10 tys. -za próbę sforsowania stadionowego ogrodzenia przez fanów Lisów Pustyni, a reszta za kilka innych „mniejszych” wykroczeń popełnionych przez kibiców.
(zich)
Sergio Gonella nie chciał dopuścić do występu Rene van de Kerkhofa w finale MŚ 1978 z powodu opatrunku na prawej ręce Holendra. Fot. Wikipedia
