Eurorozkwit czy marnotrawstwo pieniędzy?

PARAGRAFY I SPORT - felieton Roberta Kiłdanowicza

Występy w europejskich pucharach to creme de la creme klubowej rywalizacji, a jednocześnie papierek lakmusowy poziomu każdej narodowej ekstraklasy. Choć występuje w nich aktualnie aż 5 naszych drużyn, trudno stwierdzić, czy ma to bezpośrednie przełożenie na wzrost jakości rodzimej ligi, chociaż chcielibyśmy tak sądzić. Jesteśmy tak głodni sukcesu, że każdą wygraną próbujemy przekuć w wielką wiktorię, a kilka zwycięstw w mocarstwowy trend.

Bezwzględnie jesteśmy beneficjentami reformy UEFA w kontekście współzawodnictwa pucharowego, zwłaszcza dwóch ostatnich sezonów, w których to wydatnie punktowaliśmy w klasyfikacji UEFA (w country coefficients UEFA sumuje wyniki ostatnich pięciu sezonów), choć za chwilę zapewne pojawi się rój malkontentów, że Liga Konferencji, w której głównie punktowaliśmy, to najmniej prestiżowe rozgrywki europejskie. Coś jest w tym na rzeczy, ponieważ akurat elity europejskich lig wystawiają głębokie rezerwy w tym tzw. europejskim trzeciorzędnym pucharze, woląc pozostawić podstawowych zawodników na rywalizację krajową. Czy wobec tego mamy z czego się cieszyć, że zajmowaliśmy wysoką, 12. pozycję na mecie ubiegłorocznego sezonu, a 10. aktualnie (z tym że przedstawiciele mocnych lig jeszcze nie przystąpili do konfrontacji)? Czy ten wzrost w klasyfikacji jest efektem podwyższenia poziomu sportowego całej naszej piłki klubowej, łutu szczęścia czy innych wypadkowych okoliczności, np. organizacji i zarządzania?

Skoro już opieramy się na wskaźniku pucharowym UEFA, to w miarę logicznym i obiektywnym byłoby porównanie, jak wypadamy w takiej rywalizacji ze swoimi bieżącymi przeciwnikami, tj. odpowiednio Ferencvarosem, Klaksvikiem, Rangers, Hammarby i Hapoelem. Oczywiście jest to pewnego rodzaju wróżenie z fusów, bo nie da się w pełni przewidzieć przyszłości, a sport - z piłką nożną na czele - posiada w sobie magiczny element nieprzewidywalności, który stanowi potężny oręż i atut wzmacniający swoją atrakcyjność. Przy tym liczba niespodzianek powoduje wzrost jego popularności i upowszechnienia - w sensie ogólnym atrakcyjności dyscypliny są one oczekiwane, lecz z punktu widzenia zespołu, który doznał porażki z niżej notowanym przeciwnikiem, są przekleństwem.

Wszystkie polskie drużyny zmierzyły się z niżej notowanymi rywalami, łącznie z Glasgow Rangers - to nie żart, co nie jest zaskakujące, bo to jest właśnie efekt wysokiego miejsca w rankingu europejskiej konfederacji. Co jest jednak niepokojące w tej boiskowej rywalizacji, to fakt, że nie było widać tego, kto zajmuje wyższe miejsce w rankingu, a Lech w rywalizacji z mistrzem Wysp Owczych był momentami wręcz irytujący. Wyniki nie są aż tak niepokojące, jak jakość gry naszych pucharowiczów, może z momentami przebłysku Górnika i Jagiellonii. Mamy bogaty materiał dla analityków, dlaczego nie potrafimy przekonująco wypracować jakości w grze naszych zespołów, pomimo ogromnej skali środków trafiających do naszej piłki.

* Dlaczego nie my potrafimy grać jak Hapoel, przedstawiciel kraju ogarniętego - jakby nie było – wojną (rozgrywał swój mecz jako gospodarz na neutralnym terenie)?

* Skąd bierze się ta pewnego rodzaju nieporadność naszych zawodników?

* Co jest naszym głównym problemem, że nie potrafimy przekuć tych naszych pięknych stadionów, rzeszy kibiców, zainteresowania medialnego oraz naprawdę godziwie zainwestowanych pieniędzy (uwzględniając polski portfel zakupowy 6-8. poziom w Europie) na kompetencje boiskowe?

* Dlaczego zazwyczaj polskie zespoły wyglądają na początku spotkania jakby już grały 90 minut, a te zagraniczne pod koniec meczu jakby dopiero go zaczynały?

W mojej ocenie podstawowym problemem jest brak planu - takiego 3-5-letniego. My za bardzo koncentrujemy się na teraźniejszości, na takim typowo polskim pospolitym ruszeniu. Dla nas, w szerokim sensie tego słowa, istotne jest tylko - albo prawie tylko – to, co jest teraz. Stąd nie ma jakiejś długofalowej myśli, ba!, trudno się jej doszukać nawet w średnim okresie, właśnie tych 3-5 lat. I nie ma tutaj żadnej filozofii, bo najprostszym, najtrwalszym i najbardziej efektywnym mechanizmem (no, może nieefektownym, bo nie daje wyników natychmiast), jest inwestycja w polską młodzież, tj. w swoich wychowanków.

Przecież to nasze zaplecze młodzieżowe - myślę o akademiach i szkółkach piłkarskich - jest bardzo przereklamowane, nie spełnia swoich zadań. Ono powinno tabunami dostarczać zawodników do kadr pierwszych zespołów, a tak nie jest. To jest najtańszy sposób inwestowania w swoją drużynę. Żeby była przy tym jasność, nie jest to wina sztabów szkoleniowych w sensie wykonawców projektu - kształtujących tych młodych adeptów, tylko organizacji pracy, zarządzania oraz menedżmentu zawiadującego strukturą organizacyjną, jaką jest profesjonalny klub.

To wszystko jest oczywiście wzmocnione tzw. „przepalaniem pieniędzy”, bo znowu nie ma planu, co najmniej w okresie 3-5 lat, że po początkowym okresie inwestycyjnym, później następuje stabilizacja i wzrost wartości, co bezpośrednio przekłada się na pozycję majątkową. Truizmem jest fakt, że zwłaszcza u publicznego właściciela pieniądze „przeciekają przez palce”, firmę - klub trzeba nieustannie dokapitalizowywać, a emisje akcji (w spółkach akcyjnych) pęcznieją do niebywałych rozmiarów.

To naprawdę są proste rzeczy, funkcjonujące na każdym poziomie aktywności gospodarczej czy ekonomicznej, bazujące na logicznych, naturalnych zachowaniach, nawet jeśli ich w rzeczywistości nie potrafimy nazwać. Wtedy też będziemy sobie potrafili odpowiedzieć na pytanie, czy stać nas na puchary europejskie, a nie tylko „przepalanie pieniędzy” i przebicie się z pucharu trzeciej kategorii do elitarnej Champions League. Jako urodzony optymista żywię nadzieję, że tak się wkrótce stanie i następcy Lecha w rywalizacji nie powtórzą jego tegorocznego „wyczynu”. W przeciwnym razie pozytywnym elementem europejskiego pucharu pocieszenia pozostaną tylko punkty zbierane w rankingu UEFA.

Za bardzo koncentrujemy się na teraźniejszości, na takim typowo polskim pospolitym ruszeniu. Dla nas, w szerokim sensie tego słowa, istotne jest tylko - albo prawie tylko – to, co jest teraz. Stąd nie ma jakiejś długofalowej myśli.

Dlaczego to nie my potrafimy grać jak Hapoel, przedstawiciel kraju ogarniętego - jakby nie było – wojną? Dlaczego polskie zespoły wyglądają na początku spotkania jakby już grały 90 minut, a te zagraniczne pod koniec meczu jakby dopiero go zaczynały?

Niepokojące, że nie było widać, kto zajmuje wyższe miejsce w rankingu, a Lech Poznań w rywalizacji z mistrzem Wysp Owczych był momentami wręcz irytujący. Fot. Paweł Jaskółka/ PressFocus

Materiał premium

Dalsza część jest dostępna dla subskrybentów

Odblokuj pełne wydanie i korzystaj bez ograniczeń. Czytaj ekskluzywne wywiady, analizy i felietony sportowe. Słuchaj podcastów oraz oglądaj materiały wideo.

Zobacz pakiety i odblokuj wydanie

Dostęp od 9,90 zł • BLIK / karta • Anulujesz online, kiedy chcesz

Masz już dostęp? Zaloguj się