Europa czeka na sygnał
Dobre sparingi nie wystarczyły. Dlaczego Blazers zrezygnowali z Sochana?
Jeremy Sochan znalazł się na ostrym zakręcie kariery. Fot. Facebook Portland Trail Blazers
NBA
Jeremy Sochan znalazł się w najtrudniejszym momencie kariery. Po dwóch miesiącach treningów i sparingów w koszulce Portland, klub z Oregonu ostatecznie z niego zrezygnował.
Amerykańskie media sportowe opisują zwolnienie Sochana przez Blazers jako decyzję mocno zaskakującą, zwracając uwagę przede wszystkim na moment jej podjęcia – tuż przed startem sezonu zasadniczego NBA oraz na solidną postawę Polaka w meczach przedsezonowych.
Podkreślają, że Sochan w okresie przygotowawczym grał bardzo efektywnie – w czterech meczach przedsezonowych trafiał na świetnej skuteczności 62,5 procent z gry oraz – co najważniejsze – trafił 4 z 5 rzutów za trzy punkty. Z perspektywy amerykańskich ekspertów poprawa rzutu z dystansu była kluczem do jego przyszłości w lidze, dlatego nagłe skreślenie go po tak obiecujących występach wywołało zdziwienie.
Portale analityczne (m.in. Hoops Rumors) wskazują, że zwolnienie miało podłoże czysto biznesowo-taktyczne, a nie sportowe. Sochan posiadał niegwarantowany kontrakt obozowy (Exhibit 9). Blazers, zwalniając go, zdecydowali się rozpocząć sezon z 14 zawodnikami na standardowych umowach, pozostawiając jedno wolne miejsce w składzie. Daje to klubowi elastyczność na rynku transferowym w trakcie sezonu, mimo że kadrowo drużyna z Oregonu wcale nie ma głębokiego składu na pozycjach skrzydłowych.
W lokalnych amerykańskich mediach zajmujących się drużyną z Portland pojawiają się opinie, że klub popełnił błąd. Publicyści z portalu Rip City Project wprost piszą, że „zwolnienie Sochana zaboli Blazers mocniej, niż im się wydaje”. Argumentują, że reprezentant Polski swoją wszechstronnością w obronie i walecznością wywalczył sobie to 15. miejsce w składzie na parkiecie, a zarząd klubu postawił wyżej abstrakcyjną „elastyczność składu” niż realną sportową wartość.
Sytuację skomentował Marcin Gortat. „Jeremy »upuszczony przez Portland« – trochę przewidywalny ruch, ale trzeba przyznać, że dobrze się pokazał w sezonie przygotowawczym. Zrobił dobrą pracę. Teraz musi zadziałać agent” – napisał w mediach społecznościowych.
Głos zabrał też Sochan. „4 najwidoczniej nie jest moim szczęśliwym numerem” – napisał na Instagramie, dodając swoje zdjęcie w barwach Blazers (grał tam z numerem cztery). „Działamy dalej” – dodał w kolejnym wpisie.
Co teraz? Polak wciąż może liczyć, że któryś z klubów NBA z wolnym miejscem w składzie podpisze z nim kontrakt. Szansa jest niewielka, choć kibice wskazują, że Chicago Bulls czy LA Lakers przydałby się taki solidny obrońca. Jeśli to nie wypali, Sochan mógłby trafić do G-League albo wylądować w... Chinach.
W kuluarach coraz głośniej mówi się, że jeśli agent zawodnika nie znajdzie dla niego szybkiego zatrudnienia w NBA w roli rezerwowego (co będzie trudne, bo zespoły zamykają właśnie kadry na ruszający we wtorek sezon), Sochanem natychmiast zainteresują się czołowe ekipy Euroligi. Polak z mistrzowskim pierścieniem i uznaną marką defensora byłby hitem transferowym na Starym Kontynencie. Przekonamy się pewnie w najbliższych dniach...
(pp)
